Obudziłam się słaba, ale o dziwo w dobrym stanie. Byłam wyspana i nie bolało już tak bardzo jak wcześniej. Mimo to jakoś nie miałam za bardzo ochoty zwlekać się z łóżka. Przez mój umysł przeleciały wspomnienia kilku ostatnich dni. Jedyne co cisnęło mi się w związku z tym na usta to proste i dobitne : "coś ty do cholery nawyrabiała?". Jakim cudem to wszystko się stało?
Wstałam ostrożnie, uważając, żeby nie urazić świeżych ran. i narzuciłam na siebie szlafrok wyciągnięty z szafy. Było mi dziwnie zimno.
Wyszłam z sypialni i rozejrzałam się po salonie. Pościel jako tako poskładana na rogu kanapy wskazywała, że Rai jednak tu spał.
- Red? - zawołałam, zastanawiając się czy może jest w łazience.
Nie dostałam odpowiedzi. Zdziwiło mnie to. Nie przypominałam sobie, żeby mówił, że gdzieś wychodzi czy coś..
Podreptałam powoli do łazienki i wzięłam prysznic. Kiedy przejrzałam się w lustrze miałam ochotę się przeżegnać. Wyglądałam jak ofiara poważnego wypadku, co najmniej. Byłam blada jak ściana, w worach pod oczami mogłabym chyba ziemniaki nosić, siniec na moim boku zrobił się fioletowo-żółty, a z miejsca po nacięciu sterczały szwy, nie wspominając, że całość była jeszcze opuchnięta. No brawa... Urządziłam się wręcz koncertowo.
Ostrożnie wytarłam się i owinęłam ręcznikiem. Wróciłam do sypialni i założyłam znoszone dresy. Może i niezbyt ładne, ale przynajmniej wygodne i mogłam się w nich normalnie, swobodnie poruszać.
Ledwie wyszłam z sypialni, a otworzyły się drzwi frontowe. Stanął w nich Rai.
- O! Wstałaś już? A myślałem, że się wyrobię - powiedział na powitanie i wszedł do mieszkania.
- No cześć - przywitałam się, idąc w stronę kuchni.
- A gdzie ty idziesz? Mówili mi, ze nie powinnaś jeszcze wstawać za bardzo. Tu mam leki dla ciebie i kartkę z wytycznymi, a i mam nadzieję, że masz wprawę w robieniu zastrzyków, bo musisz dwa razy dziennie to brać - wskazał na jakieś kapsułki w parze ze strzykawkami.
- Mam... - mruknęłam. Nie lubiłam igieł. Dziwne bo krew mogła się lać strumieniami jakoś mi to nie zawadzało, ale igły... brrr...
- No to dobrze - Rai wyprzedził mnie i położył resztę siatek na stole.
- Tak, wiec ty się kładziesz możesz chyba na kanapie, a ja biorę się za śniadanie - rzucił z uśmiechem.
Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami. No dobra, Red i kuchnia. Już lepsza para to byk i skład z porcelaną.
- No co? - spytał obruszony. - Przecież kawę i jajecznicę umiem zrobić. A teraz zmykaj odpoczywać.
- No wiesz co?! - burknęłam. - Nie dość, że jesteś tu gościem to jeszcze mi mówisz co mam robić?
- Owszem. Masz wracać do zdrowia - zakomunikował. - To idziesz się położyć, czy mam cię zanieść?
Warknęłam, ale odwróciłam się zrezygnowana. Wiedziałam, że faktycznie muszę odpocząć i się póki co oszczędzać.
Usiadłam na kanapie i sięgnęłam po pilota od telewizora. No i przy okazji dostrzegłam telefon. Podniosłam go, włączyłam i.... zobaczyłam, że mam na komórce dwadzieścia nieodebranych połączeń. Wszystkie od mojej kochanej mamusi.
Jęknęłam boleśnie, wiedząc co mnie zaraz czeka i wybrałam jej numer. Nie czekałam długo, bo mamuśka jak zwykle "wisiała" na telefonie. Oczywiście po odebraniu wypaliła z tyradą, która trwała kilka ładnych minut. Kiedy wreszcie brakło jej pary mogłam się odezwać.
- Uspokój się mamo, nic mi nie jest. Wszystko gra...
- Jak to gra?! Gdzie ty się podziewasz? Wiesz jak ja się martwie?
- Wiem mamuś i przepraszam. Miałam pilny wyjazd, sporo roboty i nie miałam kiedy zadzwonić, naprawdę.
- Jak to nie miałaś kiedy?! Co za wyjazd niby? Aaaa.... - jej głos zawisł, a emocje się zmieniły. - Czy ty jesteś na tym "wyjeździe" z Willem?
No tak, czego innego się mogłam spodziewać. Mimo wszystko słowa mamy sprawiły, że coś mnie nieprzyjemnie zakuło...
- Nie mamo. Will został. Jestem sama - rzuciłam.
- Jak to?
- Normalnie. I proszę nie wracajmy do tego tematu, ok?
- Coś się stało? Pokłóciliście się?
- Mamo, muszę kończyć... Oddzwonię jak będę miała czas - powiedziałam szybko i rozłączyłam się, wiedząc, że w przeciwnym razie będzie drążyć temat.
- Źle się czujesz? - zapytał Red, stawiając przede mną herbatę i jajecznicę, której jakimś cudem nie przypalił.
- Wszystko ok - rzuciłam i zabrałam się do jedzenia.
Rai usiadł obok i zaczęliśmy oglądać jakiś głupawy film.
No i tak minął tydzień. Miałam nakaz odpoczywać i choć nosiło mnie już to starałam się nie forsować. O dziwo "mieszkanie" z Red'em okazało się nie tak straszne jak początkowo myślałam. Chłopak dbało mnie, biegał za mną z lekami i nawet próbował gotować, jednak w obawie przed śmiercią głodową to ja przejęłam kuchnię. Fakt robił kilka aluzji, ale zawsze udawało mi się go w porę ostudzić. Poza tym było całkiem miło. Niestety nie wolno mi było za dużo się śmiać szczególnie w pierwsze dni, ale i tak kiedy słyszałam "uważaj, bo pękniesz ze śmiechu" to dostawałam istnej głupawki, choć nie powinno mnie to śmieszyć biorąc pod uwagę to, że mnie przecież szyli. Tak czy owak wracałam do zdrowia, a na badaniach stwierdzili, że co prawda fosforować się super nie mogę, ale za to mogę się wziąć za lżejszą robotę. Red marudził, że to za wcześnie, ale ja się uparłam i prosto z gabinetu ruszyłam po lokalizację kilku "wolnych" sztuk. Rozproszone siepacze były łatwym łupem i robiły czasami za zwykły ruchomy cel. Jakimś cudem udało mi się zostawić Rai'a w bazie i wskoczyłam do swojego kochanego autka.
Jechałam pędem ciesząc się wreszcie wolnością i adrenaliną krążącą w żyłach, wyostrzającą zmysły i dającą tego nadludzkiego kopa, który był mi tak potrzebny. Szybko dojechałam na miejsce i wyciągnęłam broń. Wbiegłam w ciemną uliczkę, żeby zdjąć potworka...
<Willcio? Jak tam po tygodniu beze mnie? Wiedz, że dalej mam focha>
Podreptałam powoli do łazienki i wzięłam prysznic. Kiedy przejrzałam się w lustrze miałam ochotę się przeżegnać. Wyglądałam jak ofiara poważnego wypadku, co najmniej. Byłam blada jak ściana, w worach pod oczami mogłabym chyba ziemniaki nosić, siniec na moim boku zrobił się fioletowo-żółty, a z miejsca po nacięciu sterczały szwy, nie wspominając, że całość była jeszcze opuchnięta. No brawa... Urządziłam się wręcz koncertowo.
Ostrożnie wytarłam się i owinęłam ręcznikiem. Wróciłam do sypialni i założyłam znoszone dresy. Może i niezbyt ładne, ale przynajmniej wygodne i mogłam się w nich normalnie, swobodnie poruszać.
Ledwie wyszłam z sypialni, a otworzyły się drzwi frontowe. Stanął w nich Rai.
- O! Wstałaś już? A myślałem, że się wyrobię - powiedział na powitanie i wszedł do mieszkania.
- No cześć - przywitałam się, idąc w stronę kuchni.
- A gdzie ty idziesz? Mówili mi, ze nie powinnaś jeszcze wstawać za bardzo. Tu mam leki dla ciebie i kartkę z wytycznymi, a i mam nadzieję, że masz wprawę w robieniu zastrzyków, bo musisz dwa razy dziennie to brać - wskazał na jakieś kapsułki w parze ze strzykawkami.
- Mam... - mruknęłam. Nie lubiłam igieł. Dziwne bo krew mogła się lać strumieniami jakoś mi to nie zawadzało, ale igły... brrr...
- No to dobrze - Rai wyprzedził mnie i położył resztę siatek na stole.
- Tak, wiec ty się kładziesz możesz chyba na kanapie, a ja biorę się za śniadanie - rzucił z uśmiechem.
Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami. No dobra, Red i kuchnia. Już lepsza para to byk i skład z porcelaną.
- No co? - spytał obruszony. - Przecież kawę i jajecznicę umiem zrobić. A teraz zmykaj odpoczywać.
- No wiesz co?! - burknęłam. - Nie dość, że jesteś tu gościem to jeszcze mi mówisz co mam robić?
- Owszem. Masz wracać do zdrowia - zakomunikował. - To idziesz się położyć, czy mam cię zanieść?
Warknęłam, ale odwróciłam się zrezygnowana. Wiedziałam, że faktycznie muszę odpocząć i się póki co oszczędzać.
Usiadłam na kanapie i sięgnęłam po pilota od telewizora. No i przy okazji dostrzegłam telefon. Podniosłam go, włączyłam i.... zobaczyłam, że mam na komórce dwadzieścia nieodebranych połączeń. Wszystkie od mojej kochanej mamusi.
Jęknęłam boleśnie, wiedząc co mnie zaraz czeka i wybrałam jej numer. Nie czekałam długo, bo mamuśka jak zwykle "wisiała" na telefonie. Oczywiście po odebraniu wypaliła z tyradą, która trwała kilka ładnych minut. Kiedy wreszcie brakło jej pary mogłam się odezwać.
- Uspokój się mamo, nic mi nie jest. Wszystko gra...
- Jak to gra?! Gdzie ty się podziewasz? Wiesz jak ja się martwie?
- Wiem mamuś i przepraszam. Miałam pilny wyjazd, sporo roboty i nie miałam kiedy zadzwonić, naprawdę.
- Jak to nie miałaś kiedy?! Co za wyjazd niby? Aaaa.... - jej głos zawisł, a emocje się zmieniły. - Czy ty jesteś na tym "wyjeździe" z Willem?
No tak, czego innego się mogłam spodziewać. Mimo wszystko słowa mamy sprawiły, że coś mnie nieprzyjemnie zakuło...
- Nie mamo. Will został. Jestem sama - rzuciłam.
- Jak to?
- Normalnie. I proszę nie wracajmy do tego tematu, ok?
- Coś się stało? Pokłóciliście się?
- Mamo, muszę kończyć... Oddzwonię jak będę miała czas - powiedziałam szybko i rozłączyłam się, wiedząc, że w przeciwnym razie będzie drążyć temat.
- Źle się czujesz? - zapytał Red, stawiając przede mną herbatę i jajecznicę, której jakimś cudem nie przypalił.
- Wszystko ok - rzuciłam i zabrałam się do jedzenia.
Rai usiadł obok i zaczęliśmy oglądać jakiś głupawy film.
No i tak minął tydzień. Miałam nakaz odpoczywać i choć nosiło mnie już to starałam się nie forsować. O dziwo "mieszkanie" z Red'em okazało się nie tak straszne jak początkowo myślałam. Chłopak dbało mnie, biegał za mną z lekami i nawet próbował gotować, jednak w obawie przed śmiercią głodową to ja przejęłam kuchnię. Fakt robił kilka aluzji, ale zawsze udawało mi się go w porę ostudzić. Poza tym było całkiem miło. Niestety nie wolno mi było za dużo się śmiać szczególnie w pierwsze dni, ale i tak kiedy słyszałam "uważaj, bo pękniesz ze śmiechu" to dostawałam istnej głupawki, choć nie powinno mnie to śmieszyć biorąc pod uwagę to, że mnie przecież szyli. Tak czy owak wracałam do zdrowia, a na badaniach stwierdzili, że co prawda fosforować się super nie mogę, ale za to mogę się wziąć za lżejszą robotę. Red marudził, że to za wcześnie, ale ja się uparłam i prosto z gabinetu ruszyłam po lokalizację kilku "wolnych" sztuk. Rozproszone siepacze były łatwym łupem i robiły czasami za zwykły ruchomy cel. Jakimś cudem udało mi się zostawić Rai'a w bazie i wskoczyłam do swojego kochanego autka.
Jechałam pędem ciesząc się wreszcie wolnością i adrenaliną krążącą w żyłach, wyostrzającą zmysły i dającą tego nadludzkiego kopa, który był mi tak potrzebny. Szybko dojechałam na miejsce i wyciągnęłam broń. Wbiegłam w ciemną uliczkę, żeby zdjąć potworka...
<Willcio? Jak tam po tygodniu beze mnie? Wiedz, że dalej mam focha>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz