Prułam ulicami miasta zdecydowanie za szybko, a mimo to dalej wciskałam pedał gazu w podłogę. W końcu jednak zwolniłam i zatrzymałam się, bo droga zaczęła mi się rozmazywać przed oczyma.
Starłam łzy z policzka. Dlaczego płakałam? Sama nie wiem do końca. Byłam wściekła i... smutna. Świadomość, że Will widzi we mnie tylko wredną sukę, którą należy trzymać na dystans i czuł do mnie tylko niechęć... To bolało. Zwyczajnie bolało.
Nie wiem ile siedziałam, wylewając łzy. Miałam zwyczajnie dość. Głupa ja, pozwoliłam sobie na uczucia i mam za swoje. W końcu jednak zapuściłam silnik i już wolniej, bo jakoś całą energia ze mnie zeszła, pojechałam do domu. Zamknęłam swoje kochane mieszkanko na cztery spusty, wyłączyłam telefon i padłam na kanapę.
Obudziło mnie walenie do drzwi. Dźwignęłam się z trudne, bo łeb mnie bolał niemiłosiernie. Kiedy spojrzałam na stolik od razu aż za dobrze uświadomiłam sobie dlaczego. Jakimś cudem wlałam w siebie całą butelkę wódki i zaczęłam szampana. Nie piję za często, a już tym bardziej "do lustra"...
Walenie w drzwi się powtórzyło, a ja z tyradą przekleństw ruszyłam w stronę drzwi. Gdy tylko otworzyłam Red wparował do mojego mieszkania. Był zdenerwowany, solidnie.
- Czego walisz jak do obory?! - ryknęłam, czego pożałowałam natychmiast.
- Will... Widziałaś się z nim może? - spytał, nerwowo łypiąc na bok.
- Nie... - rzuciłam sucho i ruszyłam w stronę kanapy.
Rai odetchnął z ulgą, ale zaraz podążył wzrokiem za mną i spojrzał na alkohol na stoliku.
- Piłaś? - spytał wielce oburzony. - Sama? - dodał po chwili, a w jego głosie aż huczało podejrzliwością.
- Tak! Sama. Co?! Bawisz się w mojego tatusia i będziesz mi wyliczał co robię? - warknęłam.
- Nie, tylko...
- Tylko co, do cholery? Za kogo ty mnie bierzesz? Mniejsza... wyjdź, po prostu - usiadłam na kanapie starają się za dużo nie myśleć.
Jak Rai mógł pomyśleć, że Hunter jest u mnie? Co to ja jestem, do cholery?!
- Przepraszam... Po prostu Will gdzieś zniknął, nikt nie wie gdzie jest, a kiedy ostatnio tak go wsiąkło... Myślałem, że może wiesz coś na ten temat... Tym bardziej, że miałaś wyłączony telefon... - tłumaczył się.
- Ostatni raz widziałam tego dupka w siedzibie, wczoraj, jak wychodziłam. Tyle - wyjaśniłam. - Telefon wyłączyłam, bo chciałam mieć chwilę spokoju, co jak widzę nie wychodzi nigdy...
- Cholera... - niepokój Rai'a wzrósł.
Spojrzałam uważnie na niego. Bał się, że Wil jest, tu ze mną, ale jednocześnie się o niego martwił. Widziałam, jak obawa z ulgą walczą w nim...
- Co się dzieje? - spytałam.
Hunter nie raz znikał na akcje często nie mówiąc gdzie się wybiera, lub zdając tylko zdawkowe raporty. Ja też tak robiłam. Tym razem to musiało być jednak coś poważniejszego...
- Nie mamy pojęcia. Will wyszedł wczoraj z kilkoma agentkami i tyle. Nikt go później nie widział. Nie ma od niego żadnych wieści. Wszyscy już się martwią...
- Z kim wyszedł? - spytałam pospiesznie.
- Z Chrissy, Amber, Rin i Taju.. z resztą... - wyciągnął telefon i szybko wybrał numer. - Alaris podeślij mi nagranie z kamery... Dzięki.
Po chwili wiadomość doszła, a Rai pokazał mi fragment nagrania z kamery w holu. Od razu mnie zmroziło.
- Zbieraj dupę, migiem. Jedziemy do siedziby - rzuciłam i w pośpiechu wzięłam broń i zarzuciłam na siebie skórzane spodnie i kurtkę.
- Co się dzieje?
- To demony - wyjaśniłam szybko, wybiegając niemal z domu. Rai był o krok za mną. - Pasożyty. To one zabrały Will'a.
- C-co?! - wydarł się Red, co rozeszło się po moim zbolałym mózgu nieprzyjemną falą, jednak to zignorowałam.
Rai szybko jeszcze zadzwonił do Alaris. Ja jednak wsiadłam do samochodu i ruszyłam pędem do siedziby.
Ledwo weszłam do budynku, a grupa ludzi ju czekała.
- Jesteś pewne? - usłyszałam.
- Tak, do cholery. Jestem pewna. Wiem co widzę...
- Pasożyty w niematerialnej formie nie przekroczyłyby progu siedziby - rzucił ktoś.
- Ktoś musiał je zwabić. Opętanie to jednak czasochłonny proces i wymaga pewnych przygotowań. Ktoś musiał im pomagać - Alaris wciąż stukała w klawisze, szukając jakiegoś tropu.
- Co one ostatnio robiły? Gdzie były? Jakaś misja? - dopytywałam, sama gorączkowo szukając jakiegoś śladu.
Wiedziałam, że jeżeli demony dorwały Will'a to sytuacja była zła. Jego śmierci chciało każde cholerstwo zza zasłony. Bo to on był tym, który kierował organizacją. To on był krwią z krwi aniołów i pierwszego z Łowców. Nie będzie im tak łatwo go zabić. Ten świat miał jednak jakieś zasady, ale uda im się. A kiedy złamią to co chroniło go z racji urodzenia, to jego los będzie przesądzony i nie będzie to miła śmierć.
- Były z Morrigan... Sprawdzały jedno z pęknięć zasłony - wyjaśniła Alaris, a ja wiedziałam jak jej twarz się zmienia. - Wróciły kilkanaście minut przed zniknięciem Will'a...
- Cholera! - warknęłam. - Wiedziałam, że lepiej by było tę cholerę zaszlachtować, ale Faro jak zwykle się uparł, że należy ją oszczędzić! Została oznaczona? Znacie jej lokalizację?
- Szukam - rzuciła szybko Alaris. - Jest gdzieś w tej okolicy - wskazała na plan miasta. - Niestety jej położenie może si wahać w promieniu około dwóch kilometrów...
- Trzeba sprawdzić każdy opuszczony budynek... Może jest tam jakieś pęknięcie w zasłonie...
- To opuszczona dzielnica, pełno tam starych magazynów, wiele z podziemiami. Nie damy rady sprawdzić wszystkich...
- Musimy - rzuciłam.
- Kajra ma racje - Alaris rozdzieliła strefy poszukiwań.
Jeszcze raz upewniłam się, że wszystko mam i ruszyłam do wyjścia.
- Kajra... Niezbyt dobrze... wyglądasz - rzuciła Kiwi. - Może...
- Oj zamknij się wreszcie - syknęłam na nią.
Nagle nabrałam ochoty pizgnięcia jej buźką w ścianę.
- Hunter może i jest teraz dla mnie niczym więcej jak kurwiarzem, ale nie zostawię go na pastwę tych maszkar. Nikogo bym nie zostawiła...
Zanim dziewczyna zdążyła marudzić dalej ja wybiegłam. Tym razem zakosiłam jeden z motocykli. Tak będzie szybciej.
Ruszyłam pędem. Nie sama za mną jechało dwóch innych Łowców. Niemal byłam już na miejscu, ale coś mi mówiło, że powinnam sprawdzić jeszcze jedno miejsce. Dałam swoim kompanom znak, żeby się zatrzymali.
- Jedźcie na miejsce, ja chcę sprawdzić jeszcze cmentarzysko... - wyjaśniłam.
- To, na którym znalazłaś Morrigan?
- Tak.
- To absurd. To miejsce jest poza zasięgiem poszukiwań. Poza tym nawet demon nie jest tak głupi, żeby wrócić do starej gawry.
- Być może... Jeżeli nic nie znajdę to w ciągu piętnastu minut wrócę. Jak znajdę... wiecie gdzie mnie szukać - wsiadłam na motocykl i bez dalszych wyjaśnień ruszyłam pędem na cmentarzysko.
Gdy dojechałam na miejsce niby nie działo się nic podejrzanego. Wszędzie spokój, cisza... Tylko te ciarki pełznące mi wzdłuż kręgosłupa dawały mi znać, że coś jednak tu jest.
Ruszyłam ścieżkami, które już raz przemierzałam. Tak jak za pierwszym razem panowała tu ciężka cisza, która aż drażniła uszy. Zupełnie tak, jakby wszystko co żywe opuściło to miejsce, lub skryło głęboko, bojąc się wydać najmniejszy odgłos. Choć starałam się zachować ciszę mój oddech i kroki zdawały się nienaturalnie wręcz głośne.
Stanęłam przed kryptą. Drzwi były zamknięte. Naparłam na nie wciąż czujna, w jednej dłoni trzymając pistolet, w drugiej spory nóż. Moich uszu doszło przeraźliwe skrzypienia, a gdy powoli weszłam do środka przywitał mnie zapach kurzu, stęchlizny i... czegoś co, choć pozornie ciężkie do zidentyfikowania, źle mi się kojarzyło. Mimo to sala główna okazałą się pusta i cicha.
Weszłam głębiej, uważnie szukając jakiegokolwiek ruchu czy odgłosu. Włosy na karku jeżyły mi się nieprzyjemnie.
Nic. Cisza... Głucha cisza.
Westchnęłam i już chciałam jednak zawrócić gdy usłyszałam szmer. Cichy, odległy, ale przepełniony taką dawką nienawiści, że nie mogło być wątpliwości.
Jak strzała, mknąc cicho po brudnym, zakurzonym kamieniu, pognałam w stronę owego dźwięku.
Drzwi, na lekko oberwanych zawiasach, zmurszałe, zamknięte, ale wystarczył im solidny kopniak, by stanęły otworem, ukazując stojącego za nimi demona.
Chrissy, a raczej to co w niej teraz siedziało, zarobiła ode mnie solidny cios w głowę. Na tyle mocny, by ogłuszyć, ale nie zabić. Nie miałam czasu na wypędzanie demona z jej ciała. Szybko tylko zacisnęłam nadgarstki dziewczyny paskiem wyciągniętym z jej spodni, mając nadzieję, że wytrzyma do przyjazdu reszty Łowców.
Pognałam dalej. Ostrożnie, ale szybko. Nie wiedząc co mnie tu czeka i nie znając tego miejsca.
Zeszłam w dół schodami. Czym dalej szłam tym więcej czarnych, oślizłych smug atakowało mój umysł. Demonów było tu aż nadto.
Usłyszałam wrzask. Pełen bólu wrzask. Ludzki... znajomy.
- Will... - wyszeptałam i puściłam się pędem. W głowie mi huczało. Wiedziałam, że muszę się pospieszyć.
Wpadłam między demony, zdzieliłam pasożyta w łeb, zachwiał się, kolejny cios z kolana sprawił, że potwór upadł. Ostrze noża wbiłam w łeb nadbiegającego siepacza. Biegłam dalej, eliminując kolejne maszkary, aż wbiegłam do sporej sali, rozświetlonej teraz przez ogień. Zasłona była tu rozerwana, a przede mną rozgrywała się przerażająca scena. Ta cholerna zdradziecka kurwa, Morrigan, klęczała, bijąc niemal łbem w posadzkę, po której płynęła krew. Krew mężczyzny trzymanego przez ogromnego siepacza.
Z trudem poznałam Will'a. Jego ciało drgało, a z ust i licznych ran płynęła krew.
Z wrzaskiem rzuciłam się w stronę demonów. Morrigan kopnęłam w potylicę i wycelowałam w łeb siepacza. Na maszkarze nie zrobiło to wrażenia.
Demon puścił Faro, a ten osunął się bezwładnie na ziemię, i spojrzał na mnie. A przynajmniej sądzę, że spojrzał, bo odwrócił w moją stronę groteskowy pysk pozbawiony ślepi czy nosa. Jedyne co widziałam to rozchylona w szyderczym uśmiechu paszcza, najeżona kłami, które ledwie mieściły się w pysku. Reszta czaszki stwora również była zdeformowana, rozciągnięta na boki i spłaszczona, a cała głowa osadzona była na chudej, za długiej szyi wyrastającej z kościstych, sękatych ramion z których sterczały przypominające kolce wyrostki ciasno obleczone szarą, dymiącą skórę. Długie łapy zakończone szponami śmignęły w moją stronę, gdy stwór ruszył swoje wychudłe, mierzące około trzech metrów cielsko.
Uchyliłam się, celując w klatkę piersiową potwora, gdzie znać było każde żebro, a poniżej skóra dolegała do kręgosłupa tak, że wątpiłam, by zmieściły się tam jakiekolwiek narządy wewnętrzne.
Kula trafiła, a raczej powinna trafić i przedziurawić stwora. Nie stało się jednak nic. Zupełnie, jakby ta cholera miała pancerną stal zamiast ciała.
Znów zgrabnym piruetem uniknęłam ciosu i cięłam siepacza nożem. Ostrze ledwie zadrasnęło skórę. Usłyszałam śmiech. Przypominający warkot, szyderczy śmiech.
Demon znów ruszył na mnie, tym razem nie zdążyłam uciec. Oberwałam w ramię, a nagły prąd, którzy przeszył moje ciało wytrącił z mojej dłoni pistolet.
Kolejny cios, tym razem w twarz sprawił, że upadłam z głośny jękiem. Starałam się podnieść, dalej kurczowo trzymając ostrze w zaciśniętej do bólu dłoni. Zamachnęłam się jeszcze chcąc sięgnąć zbliżającego się stwora. Ten jednak wymierzył mi solidnego kopniaka, a następnie przygniótł moją rękę stopą. Próbowałam się wyrwać, na nic. Ból rozluźnił mój uchwyt, a gdy tylko broń wymsknęła mi się z palców poczułam szarpnięcie.
Maszkara chwyciła mnie za gardło i uniosła jak szmacianą lalkę.
Z całych sił kopałam i szamotałam się, jednocześnie starając się obolałymi dłońmi rozewrzeć uścisk miażdżący mi krtań.
- Pani Zabójczyni... Wreszcie ma przyjemność wątpliwą ją widzieć... - wycharczał potwór, zbliżając pysk do mojej twarzy tak, że poczułam mdłości, czując jego oddech, śmierdzący rozkładającym się mięsem.
Siepacz sapnął, nabierając powietrza, zupełnie, jakby mnie obwąchiwał i zaśmiał się znów, potrząsając mną, co przyprawiło mnie o solidny ból.
- Zginie dzisiaj Wielka Łowczyni, Zabójczyni mych sług. A z nią zginie światełko w niej - poczułem jak demon głaszcze mnie po głowie wielką szponiastą łapą. - A gdy ostatnia kropla krwi wypłynie z ciała Syna Światła jego ród umrze. Zginie Światło, zginą Łowcy, a my ruszymy na łowy... - syczała maszkara.
Uścisk na mojej szyi wzmocnił się, a moje płuca desperacko walczyły o choćby jeden oddech.
Usłyszałam odgłos wystrzału. Bluznęła czarna, gorąca posoka, gdy kula wbiła się w łeb maszkary. Palce stwora rozluźniły się, dając mi zaczerpnąć tlenu i szarpnąć jeszcze raz. Udało mi się wyrwać. Upadłam i chwyciłam drżącymi dłońmi nóż. Zerwałam się i wbiłam ostrze między żebra potwora, napierając na niego z całej siły. Wycie bestii ogłuszyło mnie, znów powalając na ziemię. Czekałam tylko, aż znów oberwę. Potwór jednak zawył i czmychnął za zamykającą się zasłonę.
Złapałam oddech i wstałam na drżących nogach. Will leżał we krwi, obok niego moja broń, z której strzelił do siepacza, dając mi szansę na atak. Rzuciłam się w jego stronę, upadając przy nim na kolana. Obróciłam go na plecy i przycisnęłam palce do gardła.
Żył. Puls miał słaby, ale żył.
Gorączkowo przycisnęłam spory kawał materiału ze swojej bluzki do największej, obficie krwawiącej rany, na piersi Will'a, chcąc zatamować krwawienie.
- Will! Cholera jasna. Nie umieraj mi tu! Słyszysz?! - warczałam na niego, słabym, zniekształconym głosem, bo gardło bolało niemiłosiernie.
Byłam na niego wściekła... Ale teraz nie miało to nic wspólnego z tym, że był zwykłym palantem. Bałam się o niego. Bałam jak nigdy wcześniej o nikogo. Chciałam, żeby walczył, przeżył.
- J-jesteś... wycharczał ledwie otwierając oczy.
Nawet nie potrafię opisać ulgi, jaką poczułam słysząc jego głos.
- Pewnie, że jestem! - rzuciłam. - W końcu ktoś musi ci spuścić solidny wpierdol za to, że dałeś się podejść jak szczeniak! Tylko masz mi tu przeżyć. Musisz wyzdrowieć, bo kalek ne biję.
Faro zaśmiał się i zakrztusił krwią.
- Oszczędzaj się matole, a nie śmiej! - ryknęłam na niego. - Zaraz ktoś tu przyjdzie i nas zabierze.
- Zginą! Zginą! - usłyszałam.
Spojrzałam w górę. Morrigan stała nad nami, wściekła, brocząc cuchnącą martwą krwią z rozbitego łba. Obok niej stało kilka innych maszkar, a ja nie miałam siły by się podnieść i z nimi walczyć.
- Cholera... - burknęłam i chętnie bym się roześmiała.
Pięknie. Ratuj faceta, którego kochasz, i nienawidzisz za jednym zamachem, i zgiń sama, rozerwana przez zgraję potworów... Rewelacyjna śmierć, nie ma co.
Morrigan odwróciła się gwałtownie i rzuciła na kogoś, kto był za nią. Po chwili wrzasków, strzałów i szamotaniny poczułam jak ktoś pomaga mi się podnieść, a ktoś inny zabiera Will'a.
- Wreszcie... - mruknęłam, opierając się ciężko na jednym z Łowców. - Ile można czekać do cholery?
Siedziałam na szpitalnym łóżku i zapinałam koszulę.
- Jak się czujesz? - spytał Red, po raz setny już chyba.
- Biorąc pod uwagę to, że wyglądam jak mumia, czy tak poza tym? - spytałam, ale po chwili plotłam dalej. - Ciekawe czy mnie pochowają z Tutkiem w jednym sarkofagu, byłoby fajnie. Ponoć z piramid fajne widoczki.
- Pytam poważnie! - oburzył się chłopak.
- A ja ci poważnie odpowiadam! Ile razy mam powtarzać, że wszystko gra? - wydarłam się.
- Jak ostatnio u ciebie "wszystko grało" to wylądowałaś w szpitalu! - wypomniał.
Przewróciłam oczami i sapnęłam głośno, kończąc ubieranie i wstając.
- Tym razem to naprawdę nic poważnego. Kręgi całe, w bebechy mocno nie oberwałam. Kości też mam względne całe. Więc: WSZYSTKO GRA!
Zapadła chwila napiętej ciszy. Każdy chyba był zdenerwowany. Demony zakradły się do siedziby, porwały Huntera i to sprzed naszych nosów. Coś było zdecydowanie nie tak, jeżeli działy się takie rzeczy. Demony nigdy nie były tak zuchwałe, a może my tak nieostrożni?
Nie to jednak było najgorsze, a to, że życie Faro dalej stało pod znakiem zapytania.
- Co z nim? - spytałam.
- Jest stabilny. Stracił dużo krwi... Było ciężko, ale to przecież Will, nie? Will Hunter. On jest twardy. Nigdy się nie poddaje, prawda? - w głosie Red'a brzmiała nie tyle nadzieja, co smutek... Próbował sam siebie przekonać, że wszystko będzie w porządku.
Chłopak spojrzał na mnie, jego oczy lśniły od łez, które chciał z całych sił powstrzymać.
- Nic mu nie będzie - rzuciłam niedbale, wkładając w to tyle pewności ile umiałam. - Ma zaległe omłoty ode mnie. Czego jak czego, ale tego nie przegapi.
Uśmiechnęłam się blado i usiadłam obok Rai'a, opierając głowę o jego ramię.
- Na pewno... - zaczął, ale położyłam mu palce na ustach.
- Nic mi nie jest. Nie martw się już tak na zapas. Wszystko będzie dobrze. Faro też się wyliże i niedługo znów będzie nas rozstawiał po kątach, prawił morały i robił z siebie głupka. Zobaczysz.
- Masz rację... Tak musi być... Musi - Red znów ciężko westchnął.
Pozostało nam tylko czekać...
<Will? Obudźże się matole jeden! Bo wszystko płacze za tobą!>
Walenie w drzwi się powtórzyło, a ja z tyradą przekleństw ruszyłam w stronę drzwi. Gdy tylko otworzyłam Red wparował do mojego mieszkania. Był zdenerwowany, solidnie.
- Czego walisz jak do obory?! - ryknęłam, czego pożałowałam natychmiast.
- Will... Widziałaś się z nim może? - spytał, nerwowo łypiąc na bok.
- Nie... - rzuciłam sucho i ruszyłam w stronę kanapy.
Rai odetchnął z ulgą, ale zaraz podążył wzrokiem za mną i spojrzał na alkohol na stoliku.
- Piłaś? - spytał wielce oburzony. - Sama? - dodał po chwili, a w jego głosie aż huczało podejrzliwością.
- Tak! Sama. Co?! Bawisz się w mojego tatusia i będziesz mi wyliczał co robię? - warknęłam.
- Nie, tylko...
- Tylko co, do cholery? Za kogo ty mnie bierzesz? Mniejsza... wyjdź, po prostu - usiadłam na kanapie starają się za dużo nie myśleć.
Jak Rai mógł pomyśleć, że Hunter jest u mnie? Co to ja jestem, do cholery?!
- Przepraszam... Po prostu Will gdzieś zniknął, nikt nie wie gdzie jest, a kiedy ostatnio tak go wsiąkło... Myślałem, że może wiesz coś na ten temat... Tym bardziej, że miałaś wyłączony telefon... - tłumaczył się.
- Ostatni raz widziałam tego dupka w siedzibie, wczoraj, jak wychodziłam. Tyle - wyjaśniłam. - Telefon wyłączyłam, bo chciałam mieć chwilę spokoju, co jak widzę nie wychodzi nigdy...
- Cholera... - niepokój Rai'a wzrósł.
Spojrzałam uważnie na niego. Bał się, że Wil jest, tu ze mną, ale jednocześnie się o niego martwił. Widziałam, jak obawa z ulgą walczą w nim...
- Co się dzieje? - spytałam.
Hunter nie raz znikał na akcje często nie mówiąc gdzie się wybiera, lub zdając tylko zdawkowe raporty. Ja też tak robiłam. Tym razem to musiało być jednak coś poważniejszego...
- Nie mamy pojęcia. Will wyszedł wczoraj z kilkoma agentkami i tyle. Nikt go później nie widział. Nie ma od niego żadnych wieści. Wszyscy już się martwią...
- Z kim wyszedł? - spytałam pospiesznie.
- Z Chrissy, Amber, Rin i Taju.. z resztą... - wyciągnął telefon i szybko wybrał numer. - Alaris podeślij mi nagranie z kamery... Dzięki.
Po chwili wiadomość doszła, a Rai pokazał mi fragment nagrania z kamery w holu. Od razu mnie zmroziło.
- Zbieraj dupę, migiem. Jedziemy do siedziby - rzuciłam i w pośpiechu wzięłam broń i zarzuciłam na siebie skórzane spodnie i kurtkę.
- Co się dzieje?
- To demony - wyjaśniłam szybko, wybiegając niemal z domu. Rai był o krok za mną. - Pasożyty. To one zabrały Will'a.
- C-co?! - wydarł się Red, co rozeszło się po moim zbolałym mózgu nieprzyjemną falą, jednak to zignorowałam.
Rai szybko jeszcze zadzwonił do Alaris. Ja jednak wsiadłam do samochodu i ruszyłam pędem do siedziby.
Ledwo weszłam do budynku, a grupa ludzi ju czekała.
- Jesteś pewne? - usłyszałam.
- Tak, do cholery. Jestem pewna. Wiem co widzę...
- Pasożyty w niematerialnej formie nie przekroczyłyby progu siedziby - rzucił ktoś.
- Ktoś musiał je zwabić. Opętanie to jednak czasochłonny proces i wymaga pewnych przygotowań. Ktoś musiał im pomagać - Alaris wciąż stukała w klawisze, szukając jakiegoś tropu.
- Co one ostatnio robiły? Gdzie były? Jakaś misja? - dopytywałam, sama gorączkowo szukając jakiegoś śladu.
Wiedziałam, że jeżeli demony dorwały Will'a to sytuacja była zła. Jego śmierci chciało każde cholerstwo zza zasłony. Bo to on był tym, który kierował organizacją. To on był krwią z krwi aniołów i pierwszego z Łowców. Nie będzie im tak łatwo go zabić. Ten świat miał jednak jakieś zasady, ale uda im się. A kiedy złamią to co chroniło go z racji urodzenia, to jego los będzie przesądzony i nie będzie to miła śmierć.
- Były z Morrigan... Sprawdzały jedno z pęknięć zasłony - wyjaśniła Alaris, a ja wiedziałam jak jej twarz się zmienia. - Wróciły kilkanaście minut przed zniknięciem Will'a...
- Cholera! - warknęłam. - Wiedziałam, że lepiej by było tę cholerę zaszlachtować, ale Faro jak zwykle się uparł, że należy ją oszczędzić! Została oznaczona? Znacie jej lokalizację?
- Szukam - rzuciła szybko Alaris. - Jest gdzieś w tej okolicy - wskazała na plan miasta. - Niestety jej położenie może si wahać w promieniu około dwóch kilometrów...
- Trzeba sprawdzić każdy opuszczony budynek... Może jest tam jakieś pęknięcie w zasłonie...
- To opuszczona dzielnica, pełno tam starych magazynów, wiele z podziemiami. Nie damy rady sprawdzić wszystkich...
- Musimy - rzuciłam.
- Kajra ma racje - Alaris rozdzieliła strefy poszukiwań.
Jeszcze raz upewniłam się, że wszystko mam i ruszyłam do wyjścia.
- Kajra... Niezbyt dobrze... wyglądasz - rzuciła Kiwi. - Może...
- Oj zamknij się wreszcie - syknęłam na nią.
Nagle nabrałam ochoty pizgnięcia jej buźką w ścianę.
- Hunter może i jest teraz dla mnie niczym więcej jak kurwiarzem, ale nie zostawię go na pastwę tych maszkar. Nikogo bym nie zostawiła...
Zanim dziewczyna zdążyła marudzić dalej ja wybiegłam. Tym razem zakosiłam jeden z motocykli. Tak będzie szybciej.
Ruszyłam pędem. Nie sama za mną jechało dwóch innych Łowców. Niemal byłam już na miejscu, ale coś mi mówiło, że powinnam sprawdzić jeszcze jedno miejsce. Dałam swoim kompanom znak, żeby się zatrzymali.
- Jedźcie na miejsce, ja chcę sprawdzić jeszcze cmentarzysko... - wyjaśniłam.
- To, na którym znalazłaś Morrigan?
- Tak.
- To absurd. To miejsce jest poza zasięgiem poszukiwań. Poza tym nawet demon nie jest tak głupi, żeby wrócić do starej gawry.
- Być może... Jeżeli nic nie znajdę to w ciągu piętnastu minut wrócę. Jak znajdę... wiecie gdzie mnie szukać - wsiadłam na motocykl i bez dalszych wyjaśnień ruszyłam pędem na cmentarzysko.
Gdy dojechałam na miejsce niby nie działo się nic podejrzanego. Wszędzie spokój, cisza... Tylko te ciarki pełznące mi wzdłuż kręgosłupa dawały mi znać, że coś jednak tu jest.
Ruszyłam ścieżkami, które już raz przemierzałam. Tak jak za pierwszym razem panowała tu ciężka cisza, która aż drażniła uszy. Zupełnie tak, jakby wszystko co żywe opuściło to miejsce, lub skryło głęboko, bojąc się wydać najmniejszy odgłos. Choć starałam się zachować ciszę mój oddech i kroki zdawały się nienaturalnie wręcz głośne.
Stanęłam przed kryptą. Drzwi były zamknięte. Naparłam na nie wciąż czujna, w jednej dłoni trzymając pistolet, w drugiej spory nóż. Moich uszu doszło przeraźliwe skrzypienia, a gdy powoli weszłam do środka przywitał mnie zapach kurzu, stęchlizny i... czegoś co, choć pozornie ciężkie do zidentyfikowania, źle mi się kojarzyło. Mimo to sala główna okazałą się pusta i cicha.
Weszłam głębiej, uważnie szukając jakiegokolwiek ruchu czy odgłosu. Włosy na karku jeżyły mi się nieprzyjemnie.
Nic. Cisza... Głucha cisza.
Westchnęłam i już chciałam jednak zawrócić gdy usłyszałam szmer. Cichy, odległy, ale przepełniony taką dawką nienawiści, że nie mogło być wątpliwości.
Jak strzała, mknąc cicho po brudnym, zakurzonym kamieniu, pognałam w stronę owego dźwięku.
Drzwi, na lekko oberwanych zawiasach, zmurszałe, zamknięte, ale wystarczył im solidny kopniak, by stanęły otworem, ukazując stojącego za nimi demona.
Chrissy, a raczej to co w niej teraz siedziało, zarobiła ode mnie solidny cios w głowę. Na tyle mocny, by ogłuszyć, ale nie zabić. Nie miałam czasu na wypędzanie demona z jej ciała. Szybko tylko zacisnęłam nadgarstki dziewczyny paskiem wyciągniętym z jej spodni, mając nadzieję, że wytrzyma do przyjazdu reszty Łowców.
Pognałam dalej. Ostrożnie, ale szybko. Nie wiedząc co mnie tu czeka i nie znając tego miejsca.
Zeszłam w dół schodami. Czym dalej szłam tym więcej czarnych, oślizłych smug atakowało mój umysł. Demonów było tu aż nadto.
Usłyszałam wrzask. Pełen bólu wrzask. Ludzki... znajomy.
- Will... - wyszeptałam i puściłam się pędem. W głowie mi huczało. Wiedziałam, że muszę się pospieszyć.
Wpadłam między demony, zdzieliłam pasożyta w łeb, zachwiał się, kolejny cios z kolana sprawił, że potwór upadł. Ostrze noża wbiłam w łeb nadbiegającego siepacza. Biegłam dalej, eliminując kolejne maszkary, aż wbiegłam do sporej sali, rozświetlonej teraz przez ogień. Zasłona była tu rozerwana, a przede mną rozgrywała się przerażająca scena. Ta cholerna zdradziecka kurwa, Morrigan, klęczała, bijąc niemal łbem w posadzkę, po której płynęła krew. Krew mężczyzny trzymanego przez ogromnego siepacza.
Z trudem poznałam Will'a. Jego ciało drgało, a z ust i licznych ran płynęła krew.
Z wrzaskiem rzuciłam się w stronę demonów. Morrigan kopnęłam w potylicę i wycelowałam w łeb siepacza. Na maszkarze nie zrobiło to wrażenia.
Demon puścił Faro, a ten osunął się bezwładnie na ziemię, i spojrzał na mnie. A przynajmniej sądzę, że spojrzał, bo odwrócił w moją stronę groteskowy pysk pozbawiony ślepi czy nosa. Jedyne co widziałam to rozchylona w szyderczym uśmiechu paszcza, najeżona kłami, które ledwie mieściły się w pysku. Reszta czaszki stwora również była zdeformowana, rozciągnięta na boki i spłaszczona, a cała głowa osadzona była na chudej, za długiej szyi wyrastającej z kościstych, sękatych ramion z których sterczały przypominające kolce wyrostki ciasno obleczone szarą, dymiącą skórę. Długie łapy zakończone szponami śmignęły w moją stronę, gdy stwór ruszył swoje wychudłe, mierzące około trzech metrów cielsko.
Uchyliłam się, celując w klatkę piersiową potwora, gdzie znać było każde żebro, a poniżej skóra dolegała do kręgosłupa tak, że wątpiłam, by zmieściły się tam jakiekolwiek narządy wewnętrzne.
Kula trafiła, a raczej powinna trafić i przedziurawić stwora. Nie stało się jednak nic. Zupełnie, jakby ta cholera miała pancerną stal zamiast ciała.
Znów zgrabnym piruetem uniknęłam ciosu i cięłam siepacza nożem. Ostrze ledwie zadrasnęło skórę. Usłyszałam śmiech. Przypominający warkot, szyderczy śmiech.
Demon znów ruszył na mnie, tym razem nie zdążyłam uciec. Oberwałam w ramię, a nagły prąd, którzy przeszył moje ciało wytrącił z mojej dłoni pistolet.
Kolejny cios, tym razem w twarz sprawił, że upadłam z głośny jękiem. Starałam się podnieść, dalej kurczowo trzymając ostrze w zaciśniętej do bólu dłoni. Zamachnęłam się jeszcze chcąc sięgnąć zbliżającego się stwora. Ten jednak wymierzył mi solidnego kopniaka, a następnie przygniótł moją rękę stopą. Próbowałam się wyrwać, na nic. Ból rozluźnił mój uchwyt, a gdy tylko broń wymsknęła mi się z palców poczułam szarpnięcie.
Maszkara chwyciła mnie za gardło i uniosła jak szmacianą lalkę.
Z całych sił kopałam i szamotałam się, jednocześnie starając się obolałymi dłońmi rozewrzeć uścisk miażdżący mi krtań.
- Pani Zabójczyni... Wreszcie ma przyjemność wątpliwą ją widzieć... - wycharczał potwór, zbliżając pysk do mojej twarzy tak, że poczułam mdłości, czując jego oddech, śmierdzący rozkładającym się mięsem.
Siepacz sapnął, nabierając powietrza, zupełnie, jakby mnie obwąchiwał i zaśmiał się znów, potrząsając mną, co przyprawiło mnie o solidny ból.
- Zginie dzisiaj Wielka Łowczyni, Zabójczyni mych sług. A z nią zginie światełko w niej - poczułem jak demon głaszcze mnie po głowie wielką szponiastą łapą. - A gdy ostatnia kropla krwi wypłynie z ciała Syna Światła jego ród umrze. Zginie Światło, zginą Łowcy, a my ruszymy na łowy... - syczała maszkara.
Uścisk na mojej szyi wzmocnił się, a moje płuca desperacko walczyły o choćby jeden oddech.
Usłyszałam odgłos wystrzału. Bluznęła czarna, gorąca posoka, gdy kula wbiła się w łeb maszkary. Palce stwora rozluźniły się, dając mi zaczerpnąć tlenu i szarpnąć jeszcze raz. Udało mi się wyrwać. Upadłam i chwyciłam drżącymi dłońmi nóż. Zerwałam się i wbiłam ostrze między żebra potwora, napierając na niego z całej siły. Wycie bestii ogłuszyło mnie, znów powalając na ziemię. Czekałam tylko, aż znów oberwę. Potwór jednak zawył i czmychnął za zamykającą się zasłonę.
Złapałam oddech i wstałam na drżących nogach. Will leżał we krwi, obok niego moja broń, z której strzelił do siepacza, dając mi szansę na atak. Rzuciłam się w jego stronę, upadając przy nim na kolana. Obróciłam go na plecy i przycisnęłam palce do gardła.
Żył. Puls miał słaby, ale żył.
Gorączkowo przycisnęłam spory kawał materiału ze swojej bluzki do największej, obficie krwawiącej rany, na piersi Will'a, chcąc zatamować krwawienie.
- Will! Cholera jasna. Nie umieraj mi tu! Słyszysz?! - warczałam na niego, słabym, zniekształconym głosem, bo gardło bolało niemiłosiernie.
Byłam na niego wściekła... Ale teraz nie miało to nic wspólnego z tym, że był zwykłym palantem. Bałam się o niego. Bałam jak nigdy wcześniej o nikogo. Chciałam, żeby walczył, przeżył.
- J-jesteś... wycharczał ledwie otwierając oczy.
Nawet nie potrafię opisać ulgi, jaką poczułam słysząc jego głos.
- Pewnie, że jestem! - rzuciłam. - W końcu ktoś musi ci spuścić solidny wpierdol za to, że dałeś się podejść jak szczeniak! Tylko masz mi tu przeżyć. Musisz wyzdrowieć, bo kalek ne biję.
Faro zaśmiał się i zakrztusił krwią.
- Oszczędzaj się matole, a nie śmiej! - ryknęłam na niego. - Zaraz ktoś tu przyjdzie i nas zabierze.
- Zginą! Zginą! - usłyszałam.
Spojrzałam w górę. Morrigan stała nad nami, wściekła, brocząc cuchnącą martwą krwią z rozbitego łba. Obok niej stało kilka innych maszkar, a ja nie miałam siły by się podnieść i z nimi walczyć.
- Cholera... - burknęłam i chętnie bym się roześmiała.
Pięknie. Ratuj faceta, którego kochasz, i nienawidzisz za jednym zamachem, i zgiń sama, rozerwana przez zgraję potworów... Rewelacyjna śmierć, nie ma co.
Morrigan odwróciła się gwałtownie i rzuciła na kogoś, kto był za nią. Po chwili wrzasków, strzałów i szamotaniny poczułam jak ktoś pomaga mi się podnieść, a ktoś inny zabiera Will'a.
- Wreszcie... - mruknęłam, opierając się ciężko na jednym z Łowców. - Ile można czekać do cholery?
Siedziałam na szpitalnym łóżku i zapinałam koszulę.
- Jak się czujesz? - spytał Red, po raz setny już chyba.
- Biorąc pod uwagę to, że wyglądam jak mumia, czy tak poza tym? - spytałam, ale po chwili plotłam dalej. - Ciekawe czy mnie pochowają z Tutkiem w jednym sarkofagu, byłoby fajnie. Ponoć z piramid fajne widoczki.
- Pytam poważnie! - oburzył się chłopak.
- A ja ci poważnie odpowiadam! Ile razy mam powtarzać, że wszystko gra? - wydarłam się.
- Jak ostatnio u ciebie "wszystko grało" to wylądowałaś w szpitalu! - wypomniał.
Przewróciłam oczami i sapnęłam głośno, kończąc ubieranie i wstając.
- Tym razem to naprawdę nic poważnego. Kręgi całe, w bebechy mocno nie oberwałam. Kości też mam względne całe. Więc: WSZYSTKO GRA!
Zapadła chwila napiętej ciszy. Każdy chyba był zdenerwowany. Demony zakradły się do siedziby, porwały Huntera i to sprzed naszych nosów. Coś było zdecydowanie nie tak, jeżeli działy się takie rzeczy. Demony nigdy nie były tak zuchwałe, a może my tak nieostrożni?
Nie to jednak było najgorsze, a to, że życie Faro dalej stało pod znakiem zapytania.
- Co z nim? - spytałam.
- Jest stabilny. Stracił dużo krwi... Było ciężko, ale to przecież Will, nie? Will Hunter. On jest twardy. Nigdy się nie poddaje, prawda? - w głosie Red'a brzmiała nie tyle nadzieja, co smutek... Próbował sam siebie przekonać, że wszystko będzie w porządku.
Chłopak spojrzał na mnie, jego oczy lśniły od łez, które chciał z całych sił powstrzymać.
- Nic mu nie będzie - rzuciłam niedbale, wkładając w to tyle pewności ile umiałam. - Ma zaległe omłoty ode mnie. Czego jak czego, ale tego nie przegapi.
Uśmiechnęłam się blado i usiadłam obok Rai'a, opierając głowę o jego ramię.
- Na pewno... - zaczął, ale położyłam mu palce na ustach.
- Nic mi nie jest. Nie martw się już tak na zapas. Wszystko będzie dobrze. Faro też się wyliże i niedługo znów będzie nas rozstawiał po kątach, prawił morały i robił z siebie głupka. Zobaczysz.
- Masz rację... Tak musi być... Musi - Red znów ciężko westchnął.
Pozostało nam tylko czekać...
<Will? Obudźże się matole jeden! Bo wszystko płacze za tobą!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz