czwartek, 13 listopada 2014

Kajra - Jakoś mi... ciężko...

Wciąż wybudzałam się, to znów zasypiałam. Ból zmalał, po środkach przeciwbólowych i innych świństwach, którymi mnie naszprycowali. Ale ból w boku, który mi pięknie rozkroili, żeby połatać co w środku, wcale mi tak bardzo nie przeszkadzał. Najgorsze było to, że po tych dziwnych lekarstwach moja "przypadłość" się wzmogła. Każdy szept, oddech czy cokolwiek innego, to wszystko mieszało mi się w głowie i skakało przed oczami jako różnobarwne, psychodeliczne chmury. Raz jasne, raz ciemne. Nie czułam bólu w skroniach, bo na to nie pozwalały mi prochy, ale pulsowanie już tak, wkurwiające, ciągłe pulsowanie i mdłości.
- Red.. - jęknęłam, a mój własny jęk sprawił, że w głowie mi zahuczało. No takich odlotów to ja jeszcze nie miałam.
- Co się dzieje? - spytał migiem zrywając się  krzesła i nachylając do mnie. Poczułam jego dłoń na policzku.
- Weź mnie stąd....
- Kaji, nie mogę. Wiesz przecież - powiedział, głaskając mnie. - Musisz odpoczywać....
- I będę do cholery, będę, ale w swoim domu... cichym, spokojnym... - zachlipałam, bo znów uderzyłam mnie masa obrazów. - Łeb mi zaraz pęknie, albo oszaleję tu... Zabierz mnie do domu... Błagam cię...
- Dobra... Tylko zapytam Kiwi co masz brać i czy byłaby gotowa cię w ogóle wypuścić...
- Jak mnie nie wypuści to sama stąd wyjdę... - warknęłam.
- Nie denerwuj się i poczekaj, zaraz wracam.
Rai wyszedł,  a ja uniosłam dłonie do czoła, starając się zagłuszyć obrazy, które mnie męczyły. Ostrożnie, sycząc, usiadłam. Ledwie spuściłam stopy na ziemię, gdy uderzyły mnie dwa obrazy. Ktoś był zdenerwowany, na granicy paniki, rozpaczy i furii, dziwna iskrząca chmura, od której trzaskało mi wręcz w uszach. Za to druga osoba... Jasne słupy radości i chmury zadowolenia. Dziwne... bo albo mi się zdaje, albo już mam całkiem omamy.
Do pokoju wpadł Red ze śmiechem. Zdałam sobie sprawę z tego, ze to on był tą  "zadowoloną" osobą.
- Poczekaj, pomogę ci! - zawołał i podleciał do mnie, obejmując mnie i pomagając mi ustać na nogach.
- Jak mniemam mnie puszczają... - wymamrotałam.
- Kwi była zajęta... Wiec jakoś nie byłem w stanie spytać - parsknął. - Ale jak masz się męczyć to lepiej cię stąd zabiorę. Smyrnąłem po drodze twoją kartę to coś się poczyta, a rano dowiem się więcej.
Red pomógł mi założyć kurtkę i zgarnął moje rzeczy.
- Czym niby Kiwi była taka zajęta i czego tak cieszysz ten pysk? - spytałam człapiąc obok niego, ostrożnie, walcząc ze słabością i mdłościami.
- Jak ją znalazłem to była zajęta gorączkową próbą wygramolenie się spod Will'a. Swoją drogą Faro z wypiętym zadem wygląda przerażająco - zaśmiał się Rai.
- Co? - wymsknęło mi się, a nogi postanowiły, że nie ujdę dalej ani kroku.
Stanęłam jak wryta. To co usłyszałam.... uderzyło we mnie. Poczułam, jakby coś zwaliło mi się nagle na klatkę piersiową. Miałam ochotę iść do Will'a i rozbić mu czymś łeb... Najpierw sypia ze mną, a nie mija kilka godzin a już pieprzy inną. I pomyśleć, że przez chwilę... malutką, ale jednak.... Nie ważne... Już nie ważne.
- Pomogę ci - usłyszałam głos Red'a i poczułam jak bierze mnie na ręce, najwidoczniej łącząc mój obecny stan z wcześniejszymi dolegliwościami. Odetchnęłam z ulgą.
Gdy wychodziliśmy, a raczej Rai wynosił mnie z budynku ujrzałam jeszcze gębę Faro, który wlepiał we mnie wzrok. Odwróciłam się od niego i... jak jakiś tchórz ukryłam się, tuląc policzek do obojczyka niosącego mnie chłopaka. Nie miałam siły na niego patrzeć.
Rai wsadził mnie do samochodu i zawiózł mnie do domu. W moim cichym mieszkanku poczułam się nieco lepiej. Do chwili gdy ciężko usiadłam na kanapie i poczułam... zapach tego dupka. Poczułam nieprzyjemniej kłucie w sercu.
- Powinnaś chyba odpocząć. Tu będziesz miała ciszę. No może ja się tu pokręcę. Ktoś się musi tobą zająć - oświadczył Rai.
- Dam już sobie radę... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Zawsze mogę poprosić, żeby twoja mama się tobą zajęła - rzucił.
- Zostajesz, tylko nie narób syfu, a i śpisz na kanapie, w półce masz pościel - wskazałam na sporą komodę.
- Będę grzeczny, obiecuję - skwitował,  z trudem powstrzymując uśmiech triumfu.
Tylko westchnęłam, bo nie miałam sił się z nim dochodzić.
Rai pomógł mi się przebrać, bo gdy unosiłam ręce to bok rwał solidnie. Faktycznie był grzeczny i jego łapy nie sięgnęły tam, gdzie zapewne chciałby, żeby się znalazły.
- W razie czego wołaj - powiedział na odchodne.
- Rai.... dziękuję - wyszeptałam. - Dobrze jest mieć takiego przyjaciela...
- Zawsze do usług, Mała - powiedział i cmoknął.
- Powiedzieć ci co tu jest małe? - syknęłam, mrużąc oczy, na co Red zaśmiał się radośnie.
Chłopak wyszedł, a ja szczelniej nakryłam się kołdrą, starając się nie myśleć... Tylko, że oczy strasznie mnie piekły...

<Williamie? Wiedz, że do Ciebie nie dołączę>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz