wtorek, 3 maja 2016

Kajra - Jak to wszystko pokuładać...?

- Kajra... - Will wpatrywał się we mnie zupełnie tak, jakby nie widział mnie co najmniej kilka lat.
- Spieszysz się gdzieś... - zauważyłam, nie wiedząc czy bardziej chcę już mieć rozmowę z nim za sobą, czy może wręcz przeciwnie, nie spieszy mi się do niej w ogóle. Wiedziałem oczywiście, że prędzej czy później będziemy musieli usiąść i porozmawiać, tylko, że... nie miałem pojęcia jak się do tego zabrać. Tak bardzo chciałam, żeby Will się obudził, z tym, że nie miałam pojęcia co dalej, jak to będzie między nami, co się stanie... Nie miałam czasu się wcześniej nad tym zastanawiać. 
- Tak... ale to może poczekać - stwierdził. - Matka wyprowadziła mnie po prostu z równowagi...
- Jest tu twoja matka? - spytałam i jęknęłam niezadowolona. - Lepiej stąd chodźmy...
- Co? Dlaczego? Co się tu działo kiedy byłem nieprzytomny?
- Chodź... - ruszyłem korytarzem, byśmy po niedługim czasie wjechali windą na dach. Tam wreszcie mogłam odetchnąć świeżym powietrzem... Tam nie było tłumów ludzi przewijających się w te i z powrotem, nadstawiających uszu. 
Anioł też wydawał się zadowolony z powiewu powietrza na twarzy. Nadal wyglądał blado i słabo. Oczy miał podkrążone, skórę szarawą, włosy w nieładzie. Najważniejsze jednak było to, że żył... był tutaj. 
- Więc? O co chodzi z moją matką? - spytał, choć miałam wrażenie, że nie od tego chciał zacząć...
- Po prostu twoja matka dała mi jasno do zrozumienie, że nie ma zamiaru być moją teściową - powiedziałam łagodniej niż miałam na to ochotę. Aż za dobrze pamiętałam tę rozmowę, kiedy kobieta, podjudzana przez Avię starała się mnie po prostu zmieszać z błotem. - Twoja słodka kuzyneczka dołożyła swoje kilka groszy, twierdząc, że chcę wrobić cię w dzieciaka.
- Zabiję ją... - warknął Will. chyba pierwszy raz widziałam go aż tak wkurzonego na tę wywłokę. 
- Chciałabym to zobaczyć - rzuciłam, bo Avia zalazła mi za skórę naprawdę mocno ostatnimi czasy.
- Zajmę się nią... Obiecuję. nie będziesz już z tym sama i...
- Najpierw dojdź do siebie - przerwałam mu. - Stań na nogi, ogarnij wszystko. Ja jak widać daję sobie radę.
- Nie! Nie zostawię cię już. Ani ciebie ani naszego dziecka - mówiąc to zbliżył się do mnie chcąc mnie objąć. Nie pozwoliłam mu na to.
- Nie Will. To nie jest nasze dziecko... Tylko moje. Starałam się wbić to do głowy twojej matce i mam nadzieję, że ty też to zrozumiesz. Nie chcę pomocy ani ich, ani twojej. Tak będzie najlepiej - stwierdziłam. Dawno już podjęłam taką decyzję. Tak było lepiej, łatwiej, pewniej. Nie musiałam na nikim polegać, z nikim się liczyć. 
- To przez tego całego Paula? - warknął niemal wymawiając imię mojego przyjaciela.
- Paul nie ma z tym nic wspólnego.
- Jak to nie? Spotykasz się z nim... byłaś u niego, prawda? Nie pozwolę, żeby jakiś obcy facet wychowywał mojego syna!
- Masz w tej kwestii gówno do gadania - odwarknęłam, rozjuszona jego wybuchem. - Paul to mój przyjaciel. Rozumiesz to słowo, czy gdzieś ci się terminologia zagubiła? Pomógł mi, kiedy wszystko zwaliło mi się na łeb. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ty leżałeś bez życia, Kiwi drżała nade mną, Rai stwierdził, że odpowiedzialność to nie dla niego, a twoja matka i kuzynka zwyzywały mnie od kurwy, która wpadła, żeby dobrać się do twoich pieniędzy. Nie potrzebuję twojego poczucia moralności i obowiązku. Niczego od ciebie nie chcę - wzięłam głęboki oddech, żeby choć odrobinę się uspokoić. Czułam się roztrzęsiona, słaba. miałem ochotę się schować w zaciszu swojego domu. nie widzieć emocji krążących teraz wokół stojącego przede mną mężczyzny. Szare kłęby, które to wiły się, to prostowały, mieszając niepewność ze strachem i iskrami bólu. Nie rozumiałem tego... Przecież tego właśnie chciał... Dał mi to aż za bardzo do zrozumienia i to nie raz. - Wiesz jaka jest różnica między tobą, a Paulem? On jest ze mną szczery... Dba o mnie. Mnie... Nie swoją reputację, nie o to, co powiedzą inni. 
- Kajra, błagam cię... to nie tak. Ja to wszystko naprawię. - W głosie Huntera brzmiał smutek, którego ciężko było mi słuchać.
- Wątpię... - westchnęłam. - A teraz wybacz, ale jestem głodna i zmęczona. Ty też powinieneś doprowadzić się wreszcie do porządku... Zobaczymy się jutro - rzuciłam jeszcze, choć w głowie kotłowało mi się wiele niewypowiedzianych myśli, z którymi nie miałam pojęcia co począć.

Kiedy dotarłam do swojego domu nie byłam ani odrobinę bardziej spokojna. Do tego zmęczenie zaczęło brać nade mną górę. Zrobiłam więc to, co ostatnimi czasy nieco poprawiało mi nastrój. Wzięłam długą, gorącą kąpiel, naładowałam na talerz pół zawartości lodówki i usiadłam przed telewizorem.
- Będę przez ciebie gruba... - rzuciłam z wyrzutem dotykając łona. Od niemal miesiąca byłam w stanie zjeść wszystko i we wszystkich ilościach. Smakowały mi nawet rzeczy, których wcześniej nie znosiłam. Tak było z czekoladą truflową, której swego czasu nie znosiłam i dalej uważałam ją za okropieństwo, a mimo to miałam chwile, że dałabym się pokroić za kostkę tego okropieństwa... nie, żeby na kostce się kończyło...

<Willl, ja tyję, a ty co porabiasz?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz