niedziela, 1 maja 2016

Will - Niezbyt przyjemna niespodzianka.

Kajra uciekła zostawiając mnie na pastwę skruszonych przyjaciół i kilku pielęgniarek. Do mojego szpitalnego lokum przychodziło coraz więcej ludzi i niekoniecznie byłem z tego zadowolony. O dziwo chciałem zostać sam. Każdy wchodzący patrzył się na mnie z nie dowierzaniem, niektórzy podchodzili i coś mówili, ale nie za bardzo miałem ochotę na zwierzanie się. Jak byłem w śpiączce wręcz błagałem o możliwość rozmowy ze wszystkimi, ale teraz po tym jak Kajra wręcz mnie odtrąciła chciałem tylko samotności. Byłem wkurzony, chociaż wiedziałem, że nie powinienem. Ubzdurałem sobie, że jak tylko wrócę, to Kajra zostawi Paula. Sam siebie nie rozumiałem, ale to nie zmieniło faktu, że czułem się porzucony. Ygh... To wszytko przez te jebane pasożyty. Musze jak najszybciej zwiększyć ochronę... A może powinniśmy zrezygnować ze współpracy z demonami, ale co wtedy z tymi, którzy juz nam pomagają i to od wielu lat? Wiedziałem na pewno, że jak tylko wyjdę z tego szpitalnego łóżka będę musiał zająć się bardzo wieloma sprawami. W tej chwili chciałbym tylko zostać sam ze swoimi myślami, żeby poukładać sobie wszytko w głowie. W każdej chwili marzyłem by pocieszyć, przytulić i pocałować Kajrę, i właśnie przez to zdałem sobie sprawę, że nie może być tak jak dawniej. Nieważne jak bym się starał nie potrafiłem już jej ignorować i droczyć się z nią w taki sposób jak kiedyś.
- Zostaw! - warknąłem na pielęgniarkę, która zaczęła z zainteresowaniem dotykać moich skrzydeł. Inna wyjmowała właśnie wenflon z zamiarem ponownego przypięcia mnie do kroplówki. Odtrąciłem jej rękę i spojrzałem groźnie w jej stronę. Kobieta popchnięta do tyłu nie próbowała już ponownie.
- Wychodzę! - krzyknąłem i wstałem z łóżka. Byłem głodny, spragniony i najbardziej na świecie chciałem wziąć prysznic.
- Nie może pan! Nadal jest pan słaby! I... - zaczął ktoś protestować, ale zignorowałem to i postanowiłem nikogo nie słuchać. To prawda poczułem, że kręci mi się lekko w głowie, ale ponowne podłączenie do kroplówki mi nie pomoże. Musze po prostu coś zjeść i zacząć się ruszać to będzie lepiej. Otaczający mnie gapie, zaczęli szybko się wycofywać, by zrobić mi miejsce do wyjścia i przypadkiem nie oberwać. Najbardziej przeszkadzały mi skrzydła, których nie potrafiłem ukryć, a do tego strasznie mi one ciążyły. Może to dlatego, że nie byłem przyzwyczajony do dodatkowego ciężaru, albo po prostu przez ten cały czas zapomniałem jak się chodzi... Z chwilą gdy postawiłem drugą stopę na podłodze, najzwyczajniej w świecie wylądowałem z powrotem na łóżku. Potem doszły zawroty głowy i już nie mogłem zaprotestować, kiedy pielęgniarki zaczęły wciągać mnie na materac i ponownie podłączać do aparatury. No świetnie! Przecież najbardziej na świecie brakuje mi właśnie wylegiwania się na tym zaśmierdłym łóżku. Red i Kiwi rozmawiali ze sobą po cichu co chwila patrząc na mnie. Nie trudno było domyślić się o kim mówili. W pewnej chwili Rai stanowczym tonem kazał wszystkim wyjść i nawet pielęgniarki po kilku słowach protestu opuściły pomieszczenie. W pokoju nastała cisza. Poczułem ulgę, ale wiedziałem, że jeszcze nie dostanę spokoju. Red wyszedł z resztą towarzystwa, a Kiwi podeszła bliżej mnie, po czym usiadła na krześle obok. Uśmiechnęła się smutno i rozpoczęła swoją przemowę.
- Nie mieliśmy nadziei, naprawdę sądziliśmy, że już do nas nie wrócisz... - schyliła głowę i przełknęła ślinę. Denerwowała się, ale czy naprawdę uważała, że będę na nich zły? - Jesteś aniołem i po tylu miesiącach czekania... No sam rozumiesz, my tylko...
- Przestań kochana, to już nie ma znaczenia.  - przerwałem jej - Możliwe, że jakbyście  tego nie zrobili to bym się nie obudził. Przecież wiesz, że skrzydła najczęściej pokazują się w sytuacjach zagrażających życiu. Oczywiście nie zawsze tak jest... I mogę powiedzieć, że ta decyzja była pochopna, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zwłaszcza jeśli mleko cudem wróci samo do kartonu i jeszcze samo z siebie zrobi ci owsiankę.
- Przepraszam... ja... tak bardzo... - język zaczął jej się plątać, a po chwili już płakała z głową przy mojej dłoni, przepraszając za wszystko co zrobiła. Westchnąłem i pogłaskałem ją po głowie jak niesforne dziecko, które dowiedziało się, że podpalenie firanki w salonie, jednak nie jest dobrym sposobem na zabawę. Wiedziałem, że musi sobie popłakać, więc po prostu nie przeszkadzałem jej i czekałem, aż sama się uspokoi. Dla niej mogłem wydawać się teraz oazą spokoju, ale tak naprawdę wszystkie emocje się we mnie kotłowały i jedyne na co miałem ochotę to pójść na siłownie i skopać porządnie worek treningowy, żeby dać upust złości i rozczarowaniu. W obecnej sytuacji zbyt szybko nie będę mógł tego dokonać... Ari westchnęła powoli, próbując się uspokoić i podniosła głowę. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
- Gdzie ten Rai? Musi mi powiedzieć jak schować te skrzydła, bo zaraz się wścieknę... - Kiwi zaśmiała się cicho.
- Powinien zaraz wrócić. Musisz tu jeszcze chwilę zostać i muszę wykonać parę badań. Zanim Red przyniesie to co potrzebujesz, ja pobiorę ci krew. - dziewczyna wstała i zmyła pozostałości po łzach ręką, po czym podeszła do ruchomego stolika zostawionego przez pielęgniarki.
- Kajra się odzywała? Wiesz gdzie jest? - spytałem z nadzieją, ale Aridea tylko pokiwała głową na boki. Pewnie poszła do Paula, a ja nie mogłem przestać podziwiać własnej głupoty. Swoimi słowami pewnie zachęciłem ją, żeby wpadła w ramiona innego.
- Kiwi kończ już to pobieranie, bo przyniosłem żarcie dla chorego! - wrzasnął Red wpadając do pokoju z tacą pełną jedzenia... a właściwie trzema tacami, które były ustawione na specjalnym wózku. - Nie wiedziałem na co będziesz miał ochotę, więc przyniosłem wszystkiego po trochu. - powiedział zauważając mój wzrok.
- Już kończę... - rzekła Ari wyciągając igłę z mojego ciała. - Zaniosę to do badań, a ty jedz. Jak skończysz to jeszcze cię przebadam, ale już bardziej ogólnie. - powiedziała i wyszła z pokoju.
- Dobra dawaj mi coś co zawiera najwięcej kalorii. - rozkazałem Red'owi, a po chwili na moich kolanach znalazła się taca z talerzem tłustych frytek i wielkim burgerem z wołowiną. O tak! Właśnie tego potrzebowałem! Zanim zacząłem jeść, spytałem anioła jak mam schować swoje skrzydła. Okazało się to dla mnie na tyle trudne, że chyba niestety przez jakiś czas będę musiał po prostu je dźwigać. Żeby się schowały musiałem być w 100% spokojny. Moje teraźniejsze uczucia nie pozwoliły mi na coś takiego, więc muszę się jeszcze pomęczyć. Zacząłem delektowanie się posiłkiem, a przy okazji zapytałem Rai'a jak dużo mnie ominęło i co będę musiał naprostować.
- Chwilowo przestaliśmy współpracować z demonami, przez to co zaszło nikt nie był w stanie im zaufać. Jednak teraz jak wróciłeś, to oczywiście decyzja zależy od Ciebie. - Zaczął łowca, ale wiedziałem, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Dowiedziałem się na pewno, że niezbyt dobrze sobie radzą beze mnie, oraz że mieli dużo więcej roboty, żeby spróbować wszystko ogarnąć. Zbyt dużo się nie zmieniło, oprócz tego że nie miał kto nimi dowodzić, więc Alaris tylko rzucała na "ścianę" zlecenia i każdy wybierał co chciał. Szybko się zorientowali, że nie tędy droga, bo większość łowców wybierała sobie co groźniejsze demony i zwyczajnie nie dawała sobie rady z ich zlikwidowaniem... Na szczęście wszyscy się jakoś wylizywali z obrażeń i nie było straty w ludziach. Właśnie dlatego to ja przydzielałem wszystkie zadania, a raczej wszystkie te niebezpieczne, które zwykle robiliśmy wymiennie z Kajrą i Red'em. Dodatkowo zakazali samodzielnych wypadów, co prawdopodobnie zostanie, przynajmniej dopóki sytuacja trochę się nie unormuje. Z tego co zrozumiałem demony stały się wyjątkowo towarzyskie i wpychały się do naszego świata masowo. Większość z nich tworzyła grupy, co też raczej rzadko się zdarzało. Z natury te okropne kreatury nie potrafią współpracować, a teraz nagle się to zmieniło, co zdecydowanie nie działa na naszą korzyść.
- A jak wy sobie dawaliście radę? - zapytałem ogólnikowo, ale oczywiście głównie chodziło mi o Kajrę. Nie mogłem przestać myśleć o tym jak ze mną rozmawiała podczas śpiączki. Była tak zmartwiona i nawet jej niektóre docinki były wymuszone, jakby chciała przed samą sobą ukryć swoje uczucia.
- Jak nie mieliśmy roboty, to zwykle siedzieliśmy z tobą. Najwięcej czasu i tak spędzała z tobą Kajra... No i jeszcze walczyła z Avi, która była wielce szczęśliwa z powodu twojego stanu. Ubzdurała sobie, że po twojej... no wiesz, jak już przestaniesz wegetować, to wszystko trafi do niej. Ostatnio niewiele brakowało, żeby z twojej kuzynki została czerwona plama na ścianie. Pewnie jest teraz niesamowicie wściekła, że jednak jej ukochany braciszek cioteczny się obudził i do tego ze skrzydłami. - Zaśmiał się Red. W tej samej chwili wróciła Kiwi, rozmawiająca przez telefon.
- Dobrze. Przeszedł kilka badań, wszystko z nim w normie o dziwo... Pyta cały czas o Ciebie... Gdzie jesteś? - Od razu się ożywiłem i rozwścieczyłem jednocześnie. Nie wiele myśląc wrzasnąłem na Kiwi, żeby mi dała Kajrę, że muszę z nią porozmawiać. Nie dość, że moja przyjaciółka się przestraszyła, to Kajra od razu się rozłączyła. Raczej nie o to mi chodziło...
- Stary... w ten sposób to te skrzydła będą ci przeszkadzać do końca twojego życia.. weź wyluzuj trochę. - powiedział Red, zabierając pustą tace po jedzeniu z moich kolan. Przed chwilą prawie spadła na podłogę w czasie mojego zrywu emocjonalnego.
- Rai ma racje. Musisz się uspokoić. Nie tylko ze względu na skrzydła, ale też twoje zdrowie. Wyniki są w normie, ale można powiedzieć, że na granicy normy... Co oznacza, że nie możesz się przemęczać przez następne kilka dni i co za tym idzie... denerwować też nie. - powiedziała stanowczo Kiwi, patrząc na mnie. Obydwoje się o mnie martwili, a ja jak ostatni sukinsyn martwiłem się tylko o Kajrę.
- Okey... może... może jak dacie mi trochę swobody to się uspokoję. Na pewno nie chce siedzieć bezczynnie w tym łóżku. Jeśli pozwolicie mi pracować w mim gabinecie, żebym chociaż mógł zacząć ogarniać sytuacje, to na pewno pójdzie mi szybciej. - spojrzałem z nadzieją na Ari, bo to głownie od niej zależała decyzja. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i pozwoliła mi pójść do siebie. Powiedziała też, że w gabinecie czeka na mnie niespodzianka. Zadowolony wyszedłem z pokoju z obstawą w postaci Red'a, który odstraszał wszystkich niepożądanych gapiów. Do gabinetu wszedłem już sam. Niespodzianka była dość... o dziwo zaskakująca. Na środku pokoju stała moja ukochana matka we własnej osobie.. Tak, która wyrzekała się, że już nigdy nie wejdzie do tych podziemi, i że nie chce mieć z tym nic wspólnego.
- Faroo! - krzyknęła na powitanie, z normalną dla niej radością. - Tak się cieszę, że cię widzę. - powiedziała przytulając mnie mocno. Po chwili odsunęła się z niesmakiem i szepnęła coś i szpitalnym myciu, a raczej jego braku. Nie była mocno zdziwiona gdy zauważyła moja skrzydła, a raczej spojrzała na nie, jakbym od zawsze je miał.
- Cześć mamo. Co ty tu robisz? - spytałem trochę zmieszany i szczerze mówiąc... niezbyt zadowolony.
- Jestem tu by Ci pomóc, Kochanie. Przepraszam, że nie zrobiłam tego wcześniej. Teraz po tym co się stało wiem, że nie mogę Ci zostawić siedziby. Dlatego od dzisiaj to ja będę mieć kontrolę nad sytuacją, a ty możesz w końcu zacząć żyć normalny życiem. - wyrecytowała moja matka, jakby nauczyła się tego na pamięć i uśmiechnęła się szeroko, szczęśliwa z powodu swojej decyzji. No nie powiem... kopara mi opadła. Mało tego! Poczułem powoli narastającą wściekłość. Znowu...
- Słucham...? - zacząłem powoli, starając się jednocześnie uspokoić. - Chcesz mi powiedzieć, że po ponad 7 latach mojego dowodzenia... nagle przyszłaś mi na ratunek, ponieważ wylądowałem w szpitalu? - spytałem nie dowierzając.
- Tak. Właśnie tak. - potwierdziła stanowczo.
- Nie ma mowy. - sapnąłem głośno nabierając powietrza i jednocześnie śmiejąc się nerwowo. - Nagle chcesz mi oddać normalne życie?
- Zasługujesz na nie! - powiedziała moja matka podchodząc do mnie ze zmartwieniem w oczach. - Odebrałam ci tą możliwość i teraz tego żałuje. Nie mogę cię stracić przecież wiesz o tym... Jesteś dla mnie wszystkim, nie mam już nikogo innego. - w jej oczach zaczęły lśnić łzy.
- Nie rozumiesz... To jest moje życie, mamo. Dla mnie już nie istnieje coś takiego jak normalnie życie i właściwie nigdy nie istniało. Nie dałaś mi wyboru... Ba! Ja nie miałem wyboru! Kiedy ojciec umarł musiałem wszystko przejąć. Jestem jego dziedzicem i to ja jestem aniołem! Chciałaś się od tego odsunąć... Okey. Zgodziłem się, bo wiedziałem, że dużo przeszłaś i naprawdę rozumiałem Twoją decyzję. A teraz? Chcesz mi to odebrać, bo się o mnie boisz? Przykro mi, ale niestety nie ma tu dla Ciebie miejsca. - powiedziałem mocnym głosem, żeby mnie zrozumiała. Wiedziałem, że mogę ją zranić, ale w tej chwili musiałem jej to wybić z głowy. Kobieta jednak przełknęła łzy i spojrzała na mnie surowo jak na dziecko, które nie chce zjeść warzyw z obiadu. Klasycznie, jak na rodzica przystało pogroziła mi palcem i wrzasnęła:
- Nie będziesz tak do mnie mówił młody człowieku! Jeżeli coś ci się nie podoba to bardzo mi przykro, ale decyzja już została podjęta. Wszyscy którzy muszą, wiedzą, że to ja teraz tu rządzę i nikt nie miał sprzeciwu! - przerwała na chwilę i pokręciła głową ze zrezygnowaniem. - Gdybyś tylko był w stanie mnie zrozumieć tak jak Avik... Ona pomogła mi tu dotrzeć i wszystkich przekonać, że powinniśmy odsunąć cię od rządów! To dla Twojego dobra, naprawdę. Ja myślę... - dalej już jej nie słuchałem. Jak tylko dowiedziałem się kto za tym stoi, zawrzała we mnie wściekłość i to jak nigdy. Bez słowa wyszedłem z impetem, z gabinetu, żeby znaleźć "ukochaną" Avik i posłać ją do piekła, czyli tam gdzie jej miejsce. Może i by mi to wyszło, gdyby nie fakt, że jak tylko wyszedłem, wpadłem na Kajrę. I to dosłownie...

<Kajra?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz