piątek, 19 października 2018

Will - Ukochana Mamusia

Stanąłem przy barierce, patrząc na rozpościerający się przede mną obraz miasta. Na dłoniach coraz bardziej było widać fioletowo-niebieskie żyły od zbyt silnego ściskania barierki. Nie rozumiałem jej. Gdy byłem w śpiączce wręcz błagała żebym wrócił do żywych, a teraz? Odsuwa się ode mnie coraz bardziej i nie pozwala sobie pomóc. Czemu kobiety muszą być tak uparte!? Próbuje być samodzielna i udawać, że nie potrzebuje pomocy, ale na pewno jak jednak będzie jej potrzebować, to poleci do swojego ukochanego i szczerego przyjaciela Paula... coraz bardziej czuje się jakbym walił głową w ścianę. Rozwścieczony i... właściwie zdruzgotany, odepchnąłem od siebie barierkę. Cała konstrukcja zadrżała przy użyciu siły. Czułem się bezsilny. Stało się coś na co nie miałem dużego wpływu, gdyby to zależało ode mnie już pierwszego dnia obudziłbym się ze śpiączki. Tylko że nie byłem w stanie! I teraz za to płace. Nawet jeśli próbuje tylko wszystko rozwiązać, naprawić, poukładać tak, żeby wszystko wróciło do normy, to i tak nie daje żadnego rezultatu.
Wróciłem do swojego biura, które jak się okazuje moje już nie jest, i zadowolony, że Matka się zmyła, zacząłem ogarnianie syfu, który zgromadził się podczas mojej śpiączki. Niech sobie moja rodzicielka rządzi, ale niech nie myśli, że to oznacza moje odejście z Hunters. Będę robił wszystko tak jak dawniej, a jak zacznie mieć pretensje to wszystko jej zostawię... Może wyjadę na wakacje? Jeśli Matka przez jakiś czas zobaczy jak to jest zarządzać tyloma sprawami na raz i dodatkowo chodzić na misję, może jeszcze raz się zastanowi czy chce odebrać mi władze. Spojrzałem z lekkim uśmiechem na zagracone biurko. Część papierów wyglądała na nietkniętą od paru miesięcy, a reszta tak, jakby ktoś szybko próbował naprawić problem, ale jednak zmienił zdanie i rozrzucił tylko wszystko po całym biurku, bo czemu nie...? Usiadłem i zacząłem przekartkowywać wydruki. Chyba nikt nie miał czasu zająć się nawet taką prostą sprawą jaką jest liczenie kasy... Musimy przecież wiedzieć kiedy nasz budżetu zmniejsza się na tyle, że przydałoby się go powiększyć. Nie mamy niesamowicie dużo kasy, która nigdy się nie kończy, no i to co chyba najgorsze, nie zarabiamy. Posiadamy sponsorów, którzy mniej lub bardziej wiedzą na co dają kasę, a dzięki mojemu ojcu mamy kilku multimiliarderów, którzy zawsze są chętni nam pomóc. Niestety problemy finansowe, są najmniejszym zmartwieniem... Red mi co prawda opowiadał, że demony się bardzo rozochociły, ale nie miałem pojęcia, że aż tak. Zaczynało powoli brakować nam ludzi, nie mówiąc już o aniołach. Gdybyśmy tylko mieli w swoich szeregach więcej skrzydlatych, wszystko byłoby prostsze i bezpieczniejsze. Gdyby tak na każdą przynajmniej trzyosobową grupę, wychodził jeden anioł z tarczą... Tylko skąd ja do cholery miałbym wytrzasnąć tyle aniołów!? I jak ich znaleźć? Zdaje sobie sprawę, z tego że na świecie jest ich na pewno wiele, bo po opowieściach mojego ojca, a wcześniej dziadka, bardzo dobrze wiem o "grzeczności" moich krewniaków. Trochę za bardzo upodobali sobie świntuszenie z kobietami, które nie miały pojęcia, z kim tak naprawdę mają do czynienia. Efekty widziały potem na swoich cudownych dzieciach, które od najmniejszych lat mogły zachowywać się dziwnie. Z tego co wiem, nawet teraz zdarzały się anioły, które schodzą na ziemie i zapładniają śmiertelniczki. Oczywiście jak już ma to miejsce, to bardzo rzadko, ale nie wykluczone, że gdzieś po ziemi chodzi syn stu - procentowego anioła. Znalezienie ich nie będzie na pewno łatwe, ale nie zaszkodzi spróbować... Jako skrzydlaty potrafię wyczuć swoich krewnych z pewnej odległości. To takie jakby... przyciąganie. W ten właśnie sposób namierzyłem Red'a, tylko że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że coś takiego potrafię. Rai twierdzi, że nie potrafi wyczuwać innych, ale może jakby go trochę poinstruować, to by się nauczył i mi pomógł... Poza tym ten aspekt także pomógłby nam w obecnej sytuacji. Gdyby każda grupa posiadała w swoich szeregach potomka anioła, mógłbym z łatwością ich namierzyć, jakby coś się stało i straciliby kontakt z siedzibą. Dobra! To jest coś nad czym muszę pomyśleć z Red’em. Teraz zajmę się papierkową robotą, bo inaczej cała siedziba utonie w papierach.

~~~ kilka godzin później ~~~

- Will... Wiiillll... Will! Wstawaj!! - ocknąłem się wystraszony i spod zmrużonych powiek spojrzałem na mojego oprawcę. Rai stał nad biurkiem z założonymi rękami i patrzył na mnie niezadowolony.
- Co jest....? - spytałem trochę niemrawo. Jedną nogą nadal byłem w krainie snów.
- Miałeś się nie przemęczać. Kiwi pozwoliła ci tu wrócić, ale to nie znaczy, że masz grzebać się w papierach przez cały dzień! Wstawaj! I do łóżka! - krzyczał zupełnie jak nie on, od tej strony jeszcze go nie znałem.... a może...
- Red... od kiedy stałeś się taki nadmiernie opiekuńczy? - ziewnąłem przeciągle i podniosłem brwi patrząc na  Red’a - Wcześniej puszczałeś drugim uchem wszystko co mówiła Kiwi, a teraz zachowujesz się zupełnie jak ona... - spojrzałem na niego z uśmiechem - Słuchaj, a może wy kręcicie ze sobą!? Wiesz jak to się mówi, z kim przystajesz, takim się stajesz!
- Daj spokój, głupoty gadasz. Idź spać do łóżka, a nie na biurku leżysz. - wywinął się zmieniając temat. Nie za bardzo miałem siłę sprzeczać się z nim, jednak nie zamierzałem o tym zapomnieć. Trzeba będzie im się trochę poprzyglądać... 
Przeciągnąłem się, obracając tez głowę żeby rozciągnąć trochę szyję i od razu zauważyłem pewną różnicę.
- Rai! Schowały się! Skrzydła zniknęły! - zawołałem zadowolony 
- O faktycznie. Dobra dość gadania, odpoczywaj, a ja zajmę się siepaczami i pasożytami. - wyszedł naburmuszony i zamyślony, zostawiając mnie na pastwę własnych myśli. Chyba faktycznie coś się u nich zdarzyło, bo Rai nigdy tak się nie zachowywał. Ostatnio widziałem go tak zamyślonego jak Kiwi powiedziała mu, że go kocha. A skoro znowu zaczął chodzić zamyślony, a do tego jego zachowanie zmieniło się o 180 stopni, to może coś jest na rzeczy... 
Myślenie o tej dwójce uspokajało mnie, bo dzięki temu mniej myślałem o Kajrze i jej przydupasie Paulu. Słuchając rady Reda, wstałem i przewlokłem swoje słabe ciało na kanapę, której często używałem jako łóżka. Trudno mi było ponownie zasnąć, zwłaszcza biorąc pod uwagę gonitwę myśli w mojej głowie. Leżałem więc w półśnie przez kilka godzin, dajac odpocząć ciału. Umysł niestety odpocząć nie dał rady. Już miałem wstawać i wracać do pracy nad papierami, kiedy usłyszałem delikatnie otwierające się drzwi. Zamknąłem spowrotem oczy i wyrównując swój oddech udawałem, że smacznie sobie śpię. Coś mi mówiło, że tym razem nie był to Rai, czułbym jego obecność, a Kiwi nigdy nie siliła się na delikatność, zawsze wchodziła do pokoju hałasując w niebogłosy. Ktoś wszedł do pokoju, po dźwiękach butów na podłodze mogłem określić, że były to dwie osoby, dość lekkie, czyli raczej kobiety. Czyżby znowu pasożyty chciały mnie porwać? Tylko skąd one się tutaj wzięły? Przecież Rai mówił, że zawiesiliśmy współpracę ze demonami. 
- Co on tu jeszcze robi? Nie powiedziałaś mu o swojej decyzji? - usłyszałem znienawidzony przez siebie głosik. 
- Oczywiście, że powiedziałam! Jest strasznie uparty, po swoim ojcu. Jak myślisz dlaczego nigdy nie byłam w stanie wyrzucić mężowi z głowy tej głupiej organizacji!? - ciekawe, bardzo ciekawe. Usłyszałem jak mamuśka grzebie w papierach, które dopiero co układałem i wypełniałem. - Już od samego początku nie chciałam by się w to pakował. W końcu to moja rodzina założyła Hunters. Ojciec Willa chciał to ukryć, dlatego przejął nazwisko po mnie. Był potomkiem anioła, ale to czysty przypadek. Jego rodzina nigdy nie miała nic wspólnego z organizacją. - kochana mamusia i kochany tatuś... od początku mnie okłamywali, no po prostu żyć nie umierać. 
- Może nie gadaj tak o tym wprost, w końcu mój kuzynek może się w każdej chwili wybudzić - przerwała jej Avi. 
- Wychowałam go, wiem kiedy śpi. Nie martw się, nic nie usłyszy od zawsze miał sen jak kamień. - westchnęła cicho - cieszę się, że mi pomagasz Avik, bez ciebie nic by mi się nie udało. 
- Przynajmniej masz kogoś zaufanego, kto przejmie Hunters bez mrugnięcia okiem. - czekaj, czekaj... jak to przejmie Hunters?! 
- Gdybyś nie chciała zająć mojego miejsca to pewnie bym musiała ją zamknąć. Tak nie muszę się o to martwić, w końcu wielu by się sprzeciwiało. - Nie wytrzymałem, musiałem odwrócić się do nich plecami, udając że robię to przez sen. Nie potrafiłem powstrzymać grymasu wściekłości. 
- Wybudza się! Znalazłaś to co chciałaś czy nie? 
- Mam! Mam! Teraz to już nikt nie będzie mógł podważyć moich słów... dobra idziemy. - Mamusia wyszła z małą  jędzą, a ja jeszcze chwile leżałem i próbowałem się uspokoić. Jednak nie za długo było mi dane ukoić nerwy. Po chwili znowu usłyszałem otwierane drzwi i już nie potrafiłem się opanować. Wstałem szybko i rzuciłem się na nowego gościa myśląc, że to Avik albo mamuśka przyszły jeszcze poszperać w papierach. Złapałem kobietę za szyję i wydarłem się piękną wiązanką przekleństw. Nie minęła chwila i leżałem znokautowany na podłodze. Dostałem w twarz i w krocze... no nikt inny nie byłby w stanie mnie tak urządzić.
- Kajra.... 

wtorek, 3 maja 2016

Kajra - Jak to wszystko pokuładać...?

- Kajra... - Will wpatrywał się we mnie zupełnie tak, jakby nie widział mnie co najmniej kilka lat.
- Spieszysz się gdzieś... - zauważyłam, nie wiedząc czy bardziej chcę już mieć rozmowę z nim za sobą, czy może wręcz przeciwnie, nie spieszy mi się do niej w ogóle. Wiedziałem oczywiście, że prędzej czy później będziemy musieli usiąść i porozmawiać, tylko, że... nie miałem pojęcia jak się do tego zabrać. Tak bardzo chciałam, żeby Will się obudził, z tym, że nie miałam pojęcia co dalej, jak to będzie między nami, co się stanie... Nie miałam czasu się wcześniej nad tym zastanawiać. 
- Tak... ale to może poczekać - stwierdził. - Matka wyprowadziła mnie po prostu z równowagi...
- Jest tu twoja matka? - spytałam i jęknęłam niezadowolona. - Lepiej stąd chodźmy...
- Co? Dlaczego? Co się tu działo kiedy byłem nieprzytomny?
- Chodź... - ruszyłem korytarzem, byśmy po niedługim czasie wjechali windą na dach. Tam wreszcie mogłam odetchnąć świeżym powietrzem... Tam nie było tłumów ludzi przewijających się w te i z powrotem, nadstawiających uszu. 
Anioł też wydawał się zadowolony z powiewu powietrza na twarzy. Nadal wyglądał blado i słabo. Oczy miał podkrążone, skórę szarawą, włosy w nieładzie. Najważniejsze jednak było to, że żył... był tutaj. 
- Więc? O co chodzi z moją matką? - spytał, choć miałam wrażenie, że nie od tego chciał zacząć...
- Po prostu twoja matka dała mi jasno do zrozumienie, że nie ma zamiaru być moją teściową - powiedziałam łagodniej niż miałam na to ochotę. Aż za dobrze pamiętałam tę rozmowę, kiedy kobieta, podjudzana przez Avię starała się mnie po prostu zmieszać z błotem. - Twoja słodka kuzyneczka dołożyła swoje kilka groszy, twierdząc, że chcę wrobić cię w dzieciaka.
- Zabiję ją... - warknął Will. chyba pierwszy raz widziałam go aż tak wkurzonego na tę wywłokę. 
- Chciałabym to zobaczyć - rzuciłam, bo Avia zalazła mi za skórę naprawdę mocno ostatnimi czasy.
- Zajmę się nią... Obiecuję. nie będziesz już z tym sama i...
- Najpierw dojdź do siebie - przerwałam mu. - Stań na nogi, ogarnij wszystko. Ja jak widać daję sobie radę.
- Nie! Nie zostawię cię już. Ani ciebie ani naszego dziecka - mówiąc to zbliżył się do mnie chcąc mnie objąć. Nie pozwoliłam mu na to.
- Nie Will. To nie jest nasze dziecko... Tylko moje. Starałam się wbić to do głowy twojej matce i mam nadzieję, że ty też to zrozumiesz. Nie chcę pomocy ani ich, ani twojej. Tak będzie najlepiej - stwierdziłam. Dawno już podjęłam taką decyzję. Tak było lepiej, łatwiej, pewniej. Nie musiałam na nikim polegać, z nikim się liczyć. 
- To przez tego całego Paula? - warknął niemal wymawiając imię mojego przyjaciela.
- Paul nie ma z tym nic wspólnego.
- Jak to nie? Spotykasz się z nim... byłaś u niego, prawda? Nie pozwolę, żeby jakiś obcy facet wychowywał mojego syna!
- Masz w tej kwestii gówno do gadania - odwarknęłam, rozjuszona jego wybuchem. - Paul to mój przyjaciel. Rozumiesz to słowo, czy gdzieś ci się terminologia zagubiła? Pomógł mi, kiedy wszystko zwaliło mi się na łeb. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ty leżałeś bez życia, Kiwi drżała nade mną, Rai stwierdził, że odpowiedzialność to nie dla niego, a twoja matka i kuzynka zwyzywały mnie od kurwy, która wpadła, żeby dobrać się do twoich pieniędzy. Nie potrzebuję twojego poczucia moralności i obowiązku. Niczego od ciebie nie chcę - wzięłam głęboki oddech, żeby choć odrobinę się uspokoić. Czułam się roztrzęsiona, słaba. miałem ochotę się schować w zaciszu swojego domu. nie widzieć emocji krążących teraz wokół stojącego przede mną mężczyzny. Szare kłęby, które to wiły się, to prostowały, mieszając niepewność ze strachem i iskrami bólu. Nie rozumiałem tego... Przecież tego właśnie chciał... Dał mi to aż za bardzo do zrozumienia i to nie raz. - Wiesz jaka jest różnica między tobą, a Paulem? On jest ze mną szczery... Dba o mnie. Mnie... Nie swoją reputację, nie o to, co powiedzą inni. 
- Kajra, błagam cię... to nie tak. Ja to wszystko naprawię. - W głosie Huntera brzmiał smutek, którego ciężko było mi słuchać.
- Wątpię... - westchnęłam. - A teraz wybacz, ale jestem głodna i zmęczona. Ty też powinieneś doprowadzić się wreszcie do porządku... Zobaczymy się jutro - rzuciłam jeszcze, choć w głowie kotłowało mi się wiele niewypowiedzianych myśli, z którymi nie miałam pojęcia co począć.

Kiedy dotarłam do swojego domu nie byłam ani odrobinę bardziej spokojna. Do tego zmęczenie zaczęło brać nade mną górę. Zrobiłam więc to, co ostatnimi czasy nieco poprawiało mi nastrój. Wzięłam długą, gorącą kąpiel, naładowałam na talerz pół zawartości lodówki i usiadłam przed telewizorem.
- Będę przez ciebie gruba... - rzuciłam z wyrzutem dotykając łona. Od niemal miesiąca byłam w stanie zjeść wszystko i we wszystkich ilościach. Smakowały mi nawet rzeczy, których wcześniej nie znosiłam. Tak było z czekoladą truflową, której swego czasu nie znosiłam i dalej uważałam ją za okropieństwo, a mimo to miałam chwile, że dałabym się pokroić za kostkę tego okropieństwa... nie, żeby na kostce się kończyło...

<Willl, ja tyję, a ty co porabiasz?>

niedziela, 1 maja 2016

Will - Niezbyt przyjemna niespodzianka.

Kajra uciekła zostawiając mnie na pastwę skruszonych przyjaciół i kilku pielęgniarek. Do mojego szpitalnego lokum przychodziło coraz więcej ludzi i niekoniecznie byłem z tego zadowolony. O dziwo chciałem zostać sam. Każdy wchodzący patrzył się na mnie z nie dowierzaniem, niektórzy podchodzili i coś mówili, ale nie za bardzo miałem ochotę na zwierzanie się. Jak byłem w śpiączce wręcz błagałem o możliwość rozmowy ze wszystkimi, ale teraz po tym jak Kajra wręcz mnie odtrąciła chciałem tylko samotności. Byłem wkurzony, chociaż wiedziałem, że nie powinienem. Ubzdurałem sobie, że jak tylko wrócę, to Kajra zostawi Paula. Sam siebie nie rozumiałem, ale to nie zmieniło faktu, że czułem się porzucony. Ygh... To wszytko przez te jebane pasożyty. Musze jak najszybciej zwiększyć ochronę... A może powinniśmy zrezygnować ze współpracy z demonami, ale co wtedy z tymi, którzy juz nam pomagają i to od wielu lat? Wiedziałem na pewno, że jak tylko wyjdę z tego szpitalnego łóżka będę musiał zająć się bardzo wieloma sprawami. W tej chwili chciałbym tylko zostać sam ze swoimi myślami, żeby poukładać sobie wszytko w głowie. W każdej chwili marzyłem by pocieszyć, przytulić i pocałować Kajrę, i właśnie przez to zdałem sobie sprawę, że nie może być tak jak dawniej. Nieważne jak bym się starał nie potrafiłem już jej ignorować i droczyć się z nią w taki sposób jak kiedyś.
- Zostaw! - warknąłem na pielęgniarkę, która zaczęła z zainteresowaniem dotykać moich skrzydeł. Inna wyjmowała właśnie wenflon z zamiarem ponownego przypięcia mnie do kroplówki. Odtrąciłem jej rękę i spojrzałem groźnie w jej stronę. Kobieta popchnięta do tyłu nie próbowała już ponownie.
- Wychodzę! - krzyknąłem i wstałem z łóżka. Byłem głodny, spragniony i najbardziej na świecie chciałem wziąć prysznic.
- Nie może pan! Nadal jest pan słaby! I... - zaczął ktoś protestować, ale zignorowałem to i postanowiłem nikogo nie słuchać. To prawda poczułem, że kręci mi się lekko w głowie, ale ponowne podłączenie do kroplówki mi nie pomoże. Musze po prostu coś zjeść i zacząć się ruszać to będzie lepiej. Otaczający mnie gapie, zaczęli szybko się wycofywać, by zrobić mi miejsce do wyjścia i przypadkiem nie oberwać. Najbardziej przeszkadzały mi skrzydła, których nie potrafiłem ukryć, a do tego strasznie mi one ciążyły. Może to dlatego, że nie byłem przyzwyczajony do dodatkowego ciężaru, albo po prostu przez ten cały czas zapomniałem jak się chodzi... Z chwilą gdy postawiłem drugą stopę na podłodze, najzwyczajniej w świecie wylądowałem z powrotem na łóżku. Potem doszły zawroty głowy i już nie mogłem zaprotestować, kiedy pielęgniarki zaczęły wciągać mnie na materac i ponownie podłączać do aparatury. No świetnie! Przecież najbardziej na świecie brakuje mi właśnie wylegiwania się na tym zaśmierdłym łóżku. Red i Kiwi rozmawiali ze sobą po cichu co chwila patrząc na mnie. Nie trudno było domyślić się o kim mówili. W pewnej chwili Rai stanowczym tonem kazał wszystkim wyjść i nawet pielęgniarki po kilku słowach protestu opuściły pomieszczenie. W pokoju nastała cisza. Poczułem ulgę, ale wiedziałem, że jeszcze nie dostanę spokoju. Red wyszedł z resztą towarzystwa, a Kiwi podeszła bliżej mnie, po czym usiadła na krześle obok. Uśmiechnęła się smutno i rozpoczęła swoją przemowę.
- Nie mieliśmy nadziei, naprawdę sądziliśmy, że już do nas nie wrócisz... - schyliła głowę i przełknęła ślinę. Denerwowała się, ale czy naprawdę uważała, że będę na nich zły? - Jesteś aniołem i po tylu miesiącach czekania... No sam rozumiesz, my tylko...
- Przestań kochana, to już nie ma znaczenia.  - przerwałem jej - Możliwe, że jakbyście  tego nie zrobili to bym się nie obudził. Przecież wiesz, że skrzydła najczęściej pokazują się w sytuacjach zagrażających życiu. Oczywiście nie zawsze tak jest... I mogę powiedzieć, że ta decyzja była pochopna, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zwłaszcza jeśli mleko cudem wróci samo do kartonu i jeszcze samo z siebie zrobi ci owsiankę.
- Przepraszam... ja... tak bardzo... - język zaczął jej się plątać, a po chwili już płakała z głową przy mojej dłoni, przepraszając za wszystko co zrobiła. Westchnąłem i pogłaskałem ją po głowie jak niesforne dziecko, które dowiedziało się, że podpalenie firanki w salonie, jednak nie jest dobrym sposobem na zabawę. Wiedziałem, że musi sobie popłakać, więc po prostu nie przeszkadzałem jej i czekałem, aż sama się uspokoi. Dla niej mogłem wydawać się teraz oazą spokoju, ale tak naprawdę wszystkie emocje się we mnie kotłowały i jedyne na co miałem ochotę to pójść na siłownie i skopać porządnie worek treningowy, żeby dać upust złości i rozczarowaniu. W obecnej sytuacji zbyt szybko nie będę mógł tego dokonać... Ari westchnęła powoli, próbując się uspokoić i podniosła głowę. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
- Gdzie ten Rai? Musi mi powiedzieć jak schować te skrzydła, bo zaraz się wścieknę... - Kiwi zaśmiała się cicho.
- Powinien zaraz wrócić. Musisz tu jeszcze chwilę zostać i muszę wykonać parę badań. Zanim Red przyniesie to co potrzebujesz, ja pobiorę ci krew. - dziewczyna wstała i zmyła pozostałości po łzach ręką, po czym podeszła do ruchomego stolika zostawionego przez pielęgniarki.
- Kajra się odzywała? Wiesz gdzie jest? - spytałem z nadzieją, ale Aridea tylko pokiwała głową na boki. Pewnie poszła do Paula, a ja nie mogłem przestać podziwiać własnej głupoty. Swoimi słowami pewnie zachęciłem ją, żeby wpadła w ramiona innego.
- Kiwi kończ już to pobieranie, bo przyniosłem żarcie dla chorego! - wrzasnął Red wpadając do pokoju z tacą pełną jedzenia... a właściwie trzema tacami, które były ustawione na specjalnym wózku. - Nie wiedziałem na co będziesz miał ochotę, więc przyniosłem wszystkiego po trochu. - powiedział zauważając mój wzrok.
- Już kończę... - rzekła Ari wyciągając igłę z mojego ciała. - Zaniosę to do badań, a ty jedz. Jak skończysz to jeszcze cię przebadam, ale już bardziej ogólnie. - powiedziała i wyszła z pokoju.
- Dobra dawaj mi coś co zawiera najwięcej kalorii. - rozkazałem Red'owi, a po chwili na moich kolanach znalazła się taca z talerzem tłustych frytek i wielkim burgerem z wołowiną. O tak! Właśnie tego potrzebowałem! Zanim zacząłem jeść, spytałem anioła jak mam schować swoje skrzydła. Okazało się to dla mnie na tyle trudne, że chyba niestety przez jakiś czas będę musiał po prostu je dźwigać. Żeby się schowały musiałem być w 100% spokojny. Moje teraźniejsze uczucia nie pozwoliły mi na coś takiego, więc muszę się jeszcze pomęczyć. Zacząłem delektowanie się posiłkiem, a przy okazji zapytałem Rai'a jak dużo mnie ominęło i co będę musiał naprostować.
- Chwilowo przestaliśmy współpracować z demonami, przez to co zaszło nikt nie był w stanie im zaufać. Jednak teraz jak wróciłeś, to oczywiście decyzja zależy od Ciebie. - Zaczął łowca, ale wiedziałem, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Dowiedziałem się na pewno, że niezbyt dobrze sobie radzą beze mnie, oraz że mieli dużo więcej roboty, żeby spróbować wszystko ogarnąć. Zbyt dużo się nie zmieniło, oprócz tego że nie miał kto nimi dowodzić, więc Alaris tylko rzucała na "ścianę" zlecenia i każdy wybierał co chciał. Szybko się zorientowali, że nie tędy droga, bo większość łowców wybierała sobie co groźniejsze demony i zwyczajnie nie dawała sobie rady z ich zlikwidowaniem... Na szczęście wszyscy się jakoś wylizywali z obrażeń i nie było straty w ludziach. Właśnie dlatego to ja przydzielałem wszystkie zadania, a raczej wszystkie te niebezpieczne, które zwykle robiliśmy wymiennie z Kajrą i Red'em. Dodatkowo zakazali samodzielnych wypadów, co prawdopodobnie zostanie, przynajmniej dopóki sytuacja trochę się nie unormuje. Z tego co zrozumiałem demony stały się wyjątkowo towarzyskie i wpychały się do naszego świata masowo. Większość z nich tworzyła grupy, co też raczej rzadko się zdarzało. Z natury te okropne kreatury nie potrafią współpracować, a teraz nagle się to zmieniło, co zdecydowanie nie działa na naszą korzyść.
- A jak wy sobie dawaliście radę? - zapytałem ogólnikowo, ale oczywiście głównie chodziło mi o Kajrę. Nie mogłem przestać myśleć o tym jak ze mną rozmawiała podczas śpiączki. Była tak zmartwiona i nawet jej niektóre docinki były wymuszone, jakby chciała przed samą sobą ukryć swoje uczucia.
- Jak nie mieliśmy roboty, to zwykle siedzieliśmy z tobą. Najwięcej czasu i tak spędzała z tobą Kajra... No i jeszcze walczyła z Avi, która była wielce szczęśliwa z powodu twojego stanu. Ubzdurała sobie, że po twojej... no wiesz, jak już przestaniesz wegetować, to wszystko trafi do niej. Ostatnio niewiele brakowało, żeby z twojej kuzynki została czerwona plama na ścianie. Pewnie jest teraz niesamowicie wściekła, że jednak jej ukochany braciszek cioteczny się obudził i do tego ze skrzydłami. - Zaśmiał się Red. W tej samej chwili wróciła Kiwi, rozmawiająca przez telefon.
- Dobrze. Przeszedł kilka badań, wszystko z nim w normie o dziwo... Pyta cały czas o Ciebie... Gdzie jesteś? - Od razu się ożywiłem i rozwścieczyłem jednocześnie. Nie wiele myśląc wrzasnąłem na Kiwi, żeby mi dała Kajrę, że muszę z nią porozmawiać. Nie dość, że moja przyjaciółka się przestraszyła, to Kajra od razu się rozłączyła. Raczej nie o to mi chodziło...
- Stary... w ten sposób to te skrzydła będą ci przeszkadzać do końca twojego życia.. weź wyluzuj trochę. - powiedział Red, zabierając pustą tace po jedzeniu z moich kolan. Przed chwilą prawie spadła na podłogę w czasie mojego zrywu emocjonalnego.
- Rai ma racje. Musisz się uspokoić. Nie tylko ze względu na skrzydła, ale też twoje zdrowie. Wyniki są w normie, ale można powiedzieć, że na granicy normy... Co oznacza, że nie możesz się przemęczać przez następne kilka dni i co za tym idzie... denerwować też nie. - powiedziała stanowczo Kiwi, patrząc na mnie. Obydwoje się o mnie martwili, a ja jak ostatni sukinsyn martwiłem się tylko o Kajrę.
- Okey... może... może jak dacie mi trochę swobody to się uspokoję. Na pewno nie chce siedzieć bezczynnie w tym łóżku. Jeśli pozwolicie mi pracować w mim gabinecie, żebym chociaż mógł zacząć ogarniać sytuacje, to na pewno pójdzie mi szybciej. - spojrzałem z nadzieją na Ari, bo to głownie od niej zależała decyzja. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i pozwoliła mi pójść do siebie. Powiedziała też, że w gabinecie czeka na mnie niespodzianka. Zadowolony wyszedłem z pokoju z obstawą w postaci Red'a, który odstraszał wszystkich niepożądanych gapiów. Do gabinetu wszedłem już sam. Niespodzianka była dość... o dziwo zaskakująca. Na środku pokoju stała moja ukochana matka we własnej osobie.. Tak, która wyrzekała się, że już nigdy nie wejdzie do tych podziemi, i że nie chce mieć z tym nic wspólnego.
- Faroo! - krzyknęła na powitanie, z normalną dla niej radością. - Tak się cieszę, że cię widzę. - powiedziała przytulając mnie mocno. Po chwili odsunęła się z niesmakiem i szepnęła coś i szpitalnym myciu, a raczej jego braku. Nie była mocno zdziwiona gdy zauważyła moja skrzydła, a raczej spojrzała na nie, jakbym od zawsze je miał.
- Cześć mamo. Co ty tu robisz? - spytałem trochę zmieszany i szczerze mówiąc... niezbyt zadowolony.
- Jestem tu by Ci pomóc, Kochanie. Przepraszam, że nie zrobiłam tego wcześniej. Teraz po tym co się stało wiem, że nie mogę Ci zostawić siedziby. Dlatego od dzisiaj to ja będę mieć kontrolę nad sytuacją, a ty możesz w końcu zacząć żyć normalny życiem. - wyrecytowała moja matka, jakby nauczyła się tego na pamięć i uśmiechnęła się szeroko, szczęśliwa z powodu swojej decyzji. No nie powiem... kopara mi opadła. Mało tego! Poczułem powoli narastającą wściekłość. Znowu...
- Słucham...? - zacząłem powoli, starając się jednocześnie uspokoić. - Chcesz mi powiedzieć, że po ponad 7 latach mojego dowodzenia... nagle przyszłaś mi na ratunek, ponieważ wylądowałem w szpitalu? - spytałem nie dowierzając.
- Tak. Właśnie tak. - potwierdziła stanowczo.
- Nie ma mowy. - sapnąłem głośno nabierając powietrza i jednocześnie śmiejąc się nerwowo. - Nagle chcesz mi oddać normalne życie?
- Zasługujesz na nie! - powiedziała moja matka podchodząc do mnie ze zmartwieniem w oczach. - Odebrałam ci tą możliwość i teraz tego żałuje. Nie mogę cię stracić przecież wiesz o tym... Jesteś dla mnie wszystkim, nie mam już nikogo innego. - w jej oczach zaczęły lśnić łzy.
- Nie rozumiesz... To jest moje życie, mamo. Dla mnie już nie istnieje coś takiego jak normalnie życie i właściwie nigdy nie istniało. Nie dałaś mi wyboru... Ba! Ja nie miałem wyboru! Kiedy ojciec umarł musiałem wszystko przejąć. Jestem jego dziedzicem i to ja jestem aniołem! Chciałaś się od tego odsunąć... Okey. Zgodziłem się, bo wiedziałem, że dużo przeszłaś i naprawdę rozumiałem Twoją decyzję. A teraz? Chcesz mi to odebrać, bo się o mnie boisz? Przykro mi, ale niestety nie ma tu dla Ciebie miejsca. - powiedziałem mocnym głosem, żeby mnie zrozumiała. Wiedziałem, że mogę ją zranić, ale w tej chwili musiałem jej to wybić z głowy. Kobieta jednak przełknęła łzy i spojrzała na mnie surowo jak na dziecko, które nie chce zjeść warzyw z obiadu. Klasycznie, jak na rodzica przystało pogroziła mi palcem i wrzasnęła:
- Nie będziesz tak do mnie mówił młody człowieku! Jeżeli coś ci się nie podoba to bardzo mi przykro, ale decyzja już została podjęta. Wszyscy którzy muszą, wiedzą, że to ja teraz tu rządzę i nikt nie miał sprzeciwu! - przerwała na chwilę i pokręciła głową ze zrezygnowaniem. - Gdybyś tylko był w stanie mnie zrozumieć tak jak Avik... Ona pomogła mi tu dotrzeć i wszystkich przekonać, że powinniśmy odsunąć cię od rządów! To dla Twojego dobra, naprawdę. Ja myślę... - dalej już jej nie słuchałem. Jak tylko dowiedziałem się kto za tym stoi, zawrzała we mnie wściekłość i to jak nigdy. Bez słowa wyszedłem z impetem, z gabinetu, żeby znaleźć "ukochaną" Avik i posłać ją do piekła, czyli tam gdzie jej miejsce. Może i by mi to wyszło, gdyby nie fakt, że jak tylko wyszedłem, wpadłem na Kajrę. I to dosłownie...

<Kajra?>

poniedziałek, 2 marca 2015

Kajra - Wszystko po staremu? Nie... to coś nowego...

Nie bardzo potrafiłam pojąć co się tak właściwie działo. W jednej chwili dowiedziałam się, że jest po wszystkim, że Will nie żyje, w drugim tulił mnie do siebie, żywy. Wrócił i to odmieniony i to podwójnie. Pierwszą rzeczą były skrzydła. Wielkie, białe, anielskie skrzydła, których brak poniekąd Will'owi doskwierał. Każdy chyba zdawał sobie z tego sprawę. A po drugie to jak odnosił się do mnie. Jak obejmował mnie, jak wymawiał moje imię. To, że mnie pocałował. To wszystko było tak nierealne. Dziwne, fascynujące i straszne za razem. A ja nie miała pojęcia co z tym zrobić. Z jednej strony bliskość Will'a sprawiła, że to co czułam przez tę niedługą chwilę, gdy byłam przekonana, że go kocham, odżyło znów.Z drugiej jednak pamiętałam co mi powiedział i to, że przecież próbowałam sobie ułożyć własne życie, a którym on może i w pewnym stopniu był obecny, ale nie tak jak chciał...
- Nie krzycz na mnie - syknęłam, wyswobodziwszy się z jego objęć.
Chciałam coś jeszcze dodać, ale do sali wbiegła pielęgniarka. Później kolejni ludzie, no i Red i Avi wreszcie zdołali się ruszyć.
- Porozmawiamy jak dojdziesz do siebie - rzuciłam.
- Kajra zaczekaj! Jak idziesz do niego to...! - dalej nie usłyszałam, bo wyszłam pospiesznie.
Czmychnęłam, kiedy chyba cała agencja z ciekawością ruszyła  w stronę skrzydła szpitalnego. Wsiadła w samochód i uciekłam. Znowu.
Pojechałam w jedyne miejsce, gdzie nikt nie miał prawa mnie szukać. Do domu Paula.
- Kajra? - zdziwił się, widząc mnie, ale zaraz wpuścił mnie do środka i objął.
Staliśmy tak chwilę. Tu wszystko było zwyczajne, prawda? Normalne... Spokojne...
- Kaji... czy on...? - spytał mężczyzna po dłuższej chwili.
- Wręcz przeciwnie... Obudził się, żyje... - powiedziałam i odsunęłam się od niego, żeby dojść na kanapę.
Widziałam jak Paul nerwowo pociera kark. Ja natomiast rozsiadłam się wygodnie, odruchowo kładąc dłoń na łonie.
- Nie wiem co mam robić... Nie wiem... - siedziałam gapiąc się w punkt widoczny tylko dla mnie.
Poczułam, że ktoś kuca przede mną, kładąc mi dłoń na kolanie. Chwyciłam ją i ścisnęłam, szukając oparcia.
- Sądzisz, że ja pomogę ci podjąć decyzję? - spytał, uśmiechając się do mnie ciepło.
- Nie. Ale nikt nie wie gdzie mieszkasz, więc mnie tu nie znajdą - wyszczerzyłam się.
- Chytrze... - zaśmiał się.
Zapadłą chwila ciszy, podczas której chyba oboje mieliśmy sporo do przemyślenia. Choć mętlik w mojej głowie trudno byłoby uznać, za przemyślenia.
- Kajra... wiesz, że bardzo mi na tobie zależy, prawda? - spytał Paul unosząc się i siadając obok mnie.
- Wiem... - jęknęłam. - Trzymałeś mnie przy zdrowych zmysłach... Nigdy nie będę w stanie opisać jaka jestem ci wdzięczna... Tylko, że...
- Nie wiesz czy to coś więcej czy wdzięczność? - spytał gorzko.
- Nie chciałam, żeby tak to zabrzmiało.
- Wiem, maleńka, wiem... Ale tak to wygląda. Musisz się przekonać... sama. Co nie znaczy, że nie będę ci się narzucał ze swoją osobą. Bo będę.... Będę jęczał, marudził i cię nagabywał... - oznajmił z uśmiechem.
- A to ciekawe, bo Will darł się dla odmiany, że łeb ci przetrąci... Ludzie w śpiączce słyszą więcej niż powinni, najwidoczniej... - wyjaśniłam pospiesznie.
- No ładnie, ładnie... A do niedawna sądziłem, że ten cały Rai jest moim największym problemem...
- On to będzie miał ze mną problem, bo wiszę mu solidne omłoty... Kichawę mu naprostuję w s drugą stronę - syknęłam.
- No już, już... Spokojnie - Paul objął mnie i potarł moje ramię, żeby dodać mi otuchy.
Siedzieliśmy jeszcze tak, rozmawiając, tym razem o bardziej przyziemnych sprawach... Choć na chwilę oderwałam się od tego całego rabanu... Wkrótce jednak trzeba było wrócić.
- Muszę już iść... - stwierdziłam, wstając, choć nie miałam na to ochoty.
- Zawieść cię? - spytał.
- Żeby któryś z przydupasów Willa łeb ci odstrzelił? Nie, dzięki. Kogo jak kogo, ale ciebie nie chcę mieć na sumieniu.
- Słońce, radzę sobie z tobą... Wszystkich przeżyję - rzucił, za co oberwał kuksańca.
- To, że jestem ta najgorszą żmiją, nie znaczy, że tylko ja noszę broń... - ostrzegłam i ruszyłam do wyjścia.
Paul zatrzymał mnie jednak i przyciągnął do siebie. Jego usta ominęły moje, by zatrzymać się na policzku.
- Wrócisz jeszcze, prawda? - spytał.
- Wrócę.
Wyswobodziłam się z jego objęć i ruszyłam do wyjścia. Jeszcze przed wejściem do samochodu wybrałam numer Kiwi.
- Co z Willem? - spytałam.
- Dobrze. Przeszedł kilka badań, wszystko z nim w normie o dziwo... Pyta cały czas o ciebie... Gdzie jesteś?
- To Kajra?! Daj mi ją! - usłyszałam głos wrzeszczącego Willa.
- Niedługo będę w siedzibie... - rozłączyłam się.
Jechałam powoli, próbując zebrać myśli...

<Willu?>

wtorek, 10 lutego 2015

Will - Śmierć i Zmartwychwstanie

Spojrzał ze smutkiem na Kajre. Nigdy nie widział, żeby płakała, więc musiało być naprawdę źle. "Może decyzja o mojej śmierci już zapadła?" pomyślał ze strachem. Podszedł do łózka od przeciwnej strony niż siedziała dziewczyna i spojrzał na swoje nieruszające się ciało. 
- Słyszałeś ją!? Wstawaj idioto! - wydarł się, ale tak jak sądził nie było w tym żadnego skutku. Naprawdę nie widział wyjścia z tej sytuacji i sam już tracił nadzieję na powrót do życia. Był też wściekły, że właśnie tak to wszystko ma się skończyć. Chwilę potem płacząca Kajra zniknęła i znów znalazł się w tej idiotycznej ciemności. 

Tym razem nie miał żadnych snów. Niczego co mogłoby choć trochę poprawić mu humor. Obudził się po prostu znowu w tym samym miejscu co zwykle. Przy jego łóżku siedziała Kiwi i Red. Patrzyli na jego twarz ze smutkiem i brakiem jakiejkolwiek nadziei. Zauważył, że przy drzwiach czekała zniecierpliwiona pielęgniarka. Ta sama, którą spotkał za pierwszym razem. 
- Będzie mi cię brakować Will. - załkała Aridea, a Will, aż podskoczył na te słowa. 
- Że co!? - krzyknął. - Czyli, że chcecie... Nie! Nie możecie! - chciał się rzucić na przyjaciółkę, ale zamiast tego upadł na podłogę. Ale oni już postanowili. Nie musieli się nawet z nikim konsultować, bo wiedzieli, że każdy by ich poprał... no oprócz Kajry. Tyle, że Kajra była na misji, więc nie mogła tego wszystkiego zatrzymać. 
- Trzymaj się tam Stary. I nie musisz się martwić o to, kto przejmie ten cały chaos. Już niedługo będziesz miał swojego anielskiego potomka. - powiedział Rai przytulając rozpłakaną Kiwi do piersi. 
- Hę? - jęknął Will patrząc na tą całą scenę z podłogi. - potomka? O czym wy pierdolicie?
- Pomożemy Kajrze go wychować... o ile po tym wszystkim kiedykolwiek nam wybaczy. Ale nie mamy wyjścia. Wiemy, że nie chcesz być warzywem, jak teraz.
- Chce być warzywem! Bardzo chce! Nie możecie tego zrobić! - krzyczał i protestował, ale nie mógł nic zrobić. W końcu usiadł na łóżku i westchnął zrezygnowany. Właśnie zdał sobie sprawę, że Kajra jest z nim w ciąży, ale co z tego, skoro zaraz nie będzie żył. 
- Ja pierdole, czy może być gorzej... - wyjęczał do siebie, bo w końcu nikt go nie słyszał. Rai i Aridea wyszli z pokoju, a pielęgniarka, która wcześniej czekała przy drzwiach podeszła i zaczęła znów coś sprawdzać i zapisywać w notatniku. Na koniec odłączyła go od kroplówki i innych urządzeń podtrzymujących jego życie, zostawiając tylko wkurwiającą, pikającą maszynę. Powoli jego serce zaczynało bić coraz szybciej, a potem nagle się zatrzymało, o czym świadczył przeciągły pisk aparatury. Wll w niematerialnej postaci zdążył tylko pomyśleć, że nie pożegnał się z Kajrą, po czym zniknął, bo przecież jego ciało umarło. Pielęgniarka wyszła z pokoju. Mijały sekundy... minuty... Nie minęło dużo czasu, a Kajra wpadła do pokoju, jednocześnie wściekła i zapłakana. Wręcz rzuciła się do łóżka z jeszcze ciepłym ciałem Will'a...

Otworzyłem gwałtownie oczy i podniosłem się automatycznie do góry. Wciągnąłem powietrze do płuc, bo poczułem, że nagle mi go zabrakło. "A więc, nie umarłem? Znów wróciłem do tej niematerialnej postaci?" pomyślałem jednocześnie z ulgą i ze smutkiem. Poczułem uściska na dłoni, więc spojrzałem w dół. Kajra siedziała przy łóżku ze łzami w oczach. Patrzyła przed siebie, zupełnie jakby mnie zobaczyła... ale to przecież niemożliwe.
- Will... - wyszeptała, patrząc na mnie. Po czym rozpłakała się jeszcze bardziej. To było do niej tak niepodobne, że automatycznie schyliłem się, żeby ją objąć. Chwyciłem ją za ramiona i zatrzymałem się.
- Ty... Ja... Widzisz mnie!? Mogę cie dotknąć Kajra! - wyrzucałem z siebie słowa niedowierzając w to wszystko. To już koniec. Żyłem i to naprawdę. Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się do mnie przez łzy. Podniosłem ją do góry i posadziłem na swoich kolanach, od razu zamykając ją w mocnym uścisku. 
- Kajra... Moja Kajra. - szeptałem jak mantrę przez następne parę minut. Pewnie siedzielibyśmy tak dłużej w swoich objęciach, ale do pokoju wparowali Kiwi i Red. 
- Kajra on i tak by... - zaczął chłopak, ale zatrzymał się w pół kroku i słowa. Dziewczyna za to wytrzeszczyła oczy i nie ruszała się w ogóle jakby zobaczyła przynajmniej ducha. Widziała wiele demonicznych potworów, więc akurat duch nie powinien jej zaskoczyć...
- Will ty, ty... Ty żyjesz! - wrzasnęła nagle.
- I do tego te... - nie dokończył znowu Red. Kajra wyplątując się z moich objęć spojrzała na nich z wyrzutem. Bardzo dobrze wiedziałem dlaczego, ale wolałem się nie zdradzać, że wiedziałem co się tutaj działo przez ostatnie 3 i pół miesiąca. Najbardziej martwiłem się Kajrą i jej chłoptasiem Paulem... No i dzieckiem oczywiście. Właśnie dziecko! Już miałem zapytać się, o mojego potomka, ale moja ukochana mnie uprzedziła.
- Już nie powinnam nazywać cię Ptaszyną. - powiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy. Na policzkach nadal miała smugi po łzach.
- Dlaczego? - spytałem unosząc brew do góry.
- Dlatego. - wyciągnęła rękę za moje plecy i dotknęła czegoś. Poczułem jakby ktoś łaskotał mnie, ale... w co? Odwróciłem głowę i kątem oka ujrzałem wręcz śnieżnobiały puch. Dopiero kiedy przyzwyczaiłem się do tego światła ujrzałem pióra i skrzydła. Zafascynowany poruszyłem nimi nieznacznie, rozkładając je jak najbardziej mogłem. 
- Mam skrzydła! - krzyknąłem radośnie i spojrzałem na Kajre. - Mam skrzydła! - nie mogłem uwierzyć w to wszystko i w przypływie radości przywarłem do lekko rozchylonych warg dziewczyny. Zastygła zaskoczona, ale kiedy pogłębiłem pocałunek odwzajemniła go. Było w tym tyle niewypowiedzianych uczuć, tyle tęsknoty i cierpienia, że dopiero po dłuższej chwili byłem w  stanie to przerwać. 
- Kajra. Jesteś w ciąży. - powiedziałem, a ona wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej zdziwiona. 
- Skąd to wiesz!?
- Od nich. - wskazałem palcem, na wciąż nie mogącą się poruszyć, parę przy drzwiach. - Znaczy... nie do końca. Można powiedzieć, że podsłuchiwałem jak o tym rozmawiali. Zaraz przed tym jak pielęgniarka odłączyła wszystkie maszyny. - westchnąłem widząc złość w oczach Kajry. - Ale nie tylko to słyszałem. Byłem tu. Może nie cały czas, ale czasami tak. I niech ten Paul nawet nie waży cię tknąć bo przetracę mu łeb! - wrzasnąłem trochę za głośno.

<Kajra? Doczekałaś się? xD>

poniedziałek, 9 lutego 2015

Kajra - Wstawaj...

Założyłam długą, luźną bluzkę, ostatnimi czasy w takich właśnie chodziłam, na to narzuciłam swoją skórzaną kurtkę i byłam gotowa. Zabrałam kluczyki z haczyka i wyszłam. W drodze do siedziby zgarnęłam kilka drobnych zleceń polegających na szybkim odstrzale siepaczy, które rozpełzły się po ostatnim przerwaniu zasłony. Na szczęście cudem udało się powstrzymać falę tego cholerstwa i teraz tylko wybijaliśmy niedobitki, ale tylko kwestią czasu było jak zasłona znów się otworzy i te plugastwa wylezą na żer. Paskudy wyczuwały, że coś się dzieje, że jesteśmy słabsi i robiły wszystko, żeby nas dodatkowo wykrwawić.
Zaparkowałam i wysiadłam  samochodu, kluczyk włożyłam do kieszeni kurtki.
Ledwie weszłam do siedziby, a Red naskoczył na mnie.
- Znowu biegałaś po mieście sama? Cholera jasna, wiesz jak jest. Nie możemy jeszcze ciebie stracić... - warczał w kółko. Nie miałam ani ochoty, ani siły się z nim dochodzić po raz setny.
- Żyję jak widać - burknęłam tylko.
- Tak! A co by się stało, gdyby któryś cię dopadł?
- Ale nie dopadł - wyminęłam go wchodząc dalej, co Rai skwitował kolejną falą marudzenia.
Bo przepisy... tak pozmieniało się sporo i wypady solo nie były ostatnio "w modzie", co nie zmieniało faktu, że czasami potrzebowałam się zwyczajnie wyładować i coś zasiec, sama, bijąc się nie tylko z maszkarą, ale i myślami.
Bo coś mogło mi się stać... ale się nie stało. Byłam jak zwykle ostrożna i czujna, a zagrożenie na tyle nieduże, że dałabym sobie radę z palcem w dupie i zamkniętymi oczyma.
Tylko, że tłumaczenie tego nie miało najmniejszego sensu. Już nie.
Ruszyłam szybko korytarzem, ale przystanęłam gdy usłyszałam rumor... dochodzący z biura Will'a. Weszłam tam oczekując... sama nie wiem czego, ale na pewno nie tego co ujrzałam.
Avia czegoś szukała, rozwalając wszystko przy okazji.
- Co ty tu do kurwy nędzy robisz? - warknęłam na nią.
- Nie twój interes - rzuciła, prostując się. - Raczej ja ciebie powinnam pytać co TY tutaj robisz... 
- Wynoś się! - ryknęłam.
Ta dziewucha ostatnio coraz częściej działała mi na nerwy. Była dosłownie wszędzie z tym swoim zadowolonym uśmieszkiem przylepiony do mordy. Co ją tak cieszyło? To co mnie najbardziej dołowało. 
- To miejsce stanie się lada dzień moje... - wymruczała jadowicie. - William Hunter jest tylko wspomnieniem, przywyknij wreszcie do tego...
Tego nie mogłam zdzierżyć. Wszystko, ale nie to.
Rzuciłam się z furią w stronę dziewczyny, nie zdążyła się uchylić, nie miała szans. Złapałam ją za gardło i trzymając w uścisku, który niejednemu siepaczowi kark przetrącił, wywlokłam na korytarz.
- Ty cholerna, pazerna suko! - wrzeszczałam. - Kark ci przetrącę prędzej niż dam zabrać cokolwiek co należy do Wil'a.
Rzuciłam rzężącą dziewczyną o podłogę tak, że z jej gardła wydobył się bolesny jęk.
- Nie daruję ci tego... - wycharczała, gromiąc mnie wzrokiem.
- Ty? Gówno możesz i nie pokazuj mi się na oczy, inaczej cię zwyczajnie zabiję - syknęłam wściekle. - A wy?! Czego się kurwa gapicie?! - ryknęłam w stronę tłumu gapiów, którzy przybiegli zwabieni zamieszaniem. 
- Kajra... nie denerwuj się tak - rzuciła Kiwi i stanęła obok mnie ostrożnie.
- Nie mów mi, że mam się nie denerwować.
- Wszystkim nam jest ciężko... Wiem, że twoja sytuacja nie jest... kolorowa, ale przecież damy radę... - nalegała łagodnie.
- Wydupiaj - rozkazałam tej wrednej, dwulicowej szmacie, która raczyła się podnieść z ziemi. Zrobiła to na szczęście dla niej.
Ja natomiast oparłam się ciężko o ścianę.
- Wszystko gra...? - usłyszałam zatroskany głos Aridei.
- Nic nie gra... Wiesz o tym dobrze. Próbuję, jak chyba wszyscy układać sobie życie... ale nie mogę... Nie potrafię patrzeć jak on tam tak leży...
- Wiem... - wyszeptała cicho. 
Przerwał nam dźwięk mojego telefonu. Odebrałam odruchowo, rzucając krótkie "tak?".
- Hej Kaji... Może wpadnę do ciebie i gdzieś się razem wybierzemy? - usłyszałam.
- Paul... Wybacz, ale dziś nie dam rady... Mam kiepski dzień...
- Znów jesteś w szpitalu... - zauważył.
Paul był policjantem z wydziału zabójstw i moim... przyjacielem. A przynajmniej póki co tak to jeszcze wyglądało, choć można było uznać, że spotykamy się ze sobą. Poznaliśmy się na siłowni, kiedy wyładowywałam złość z dala od siedziby Hunters i większości zmartwień. Zwykła rozmowa, zaproszenie na kawę. Normalność, życie... Coś czego tak naprawdę nie miałam od lat.  
Paul wiedział o mnie dość sporo, choć oczywiście nie o tym, że organizacja, do której należę nie zajmuje się normalnymi przestępstwami, a demonami... Wiedział jednak choćby o Will'u, o tym, co było między nami i o tym, że leży w śpiączce. Paul z resztą bardzo pomógł mi jakoś to wszystko przetrwać przy zdrowych zmysłach kiedy cała reszta zaczęła tracić nadzieję, a ich towarzystwo stało się dla mnie istną torturą. 
Paul akceptował mnie, moje życie, w którym musiałam uważać na słowa, znikałam nocami albo wracałam poobijana. On sam miał swoje śledztwa, tajne, i wiedział, że niektóre rzeczy powinny pozostać tajemnicą. Rozumiał mnie i odciągał od całego tego szaleństwa. 
Niestety dziś musiałam zostać tutaj... Nie od wszystkiego mogłam uciec...
- Tak... - wymamrotałam.
- Znów bez zmian... No nic. To przełóżmy to na kiedy indziej... Odezwiesz się jak będziesz mieć wolną chwilę, prawda? Przyjadę z lodami... - rzucił.
Jego głos był spokojny, radosny... Miły i kojący. Uśmiechnęłam się mimowolnie.
- O ile dorzucisz tam jeszcze czekoladę truflową... - odpowiedziałam.
- I śledzia w śmietanie jak będziesz chciała - zaśmiał się.
- Dobra, dobra. Mądralo - burknęłam na pokaz obrażona i pożegnałam się.
Dopiero gdy schowałam telefon zobaczyłam, że Kiwi oddaliła się. Rozmawiała kawałek dalej z Red'em i jakąś dziewczyną. Mieli ponure miny, a Rai zerkał na mnie smutno.
- Co się dzieje? - spytałam ruszając w ich stronę.
- Kaji.... Wyniki badań Will'a pogarszają się... Wiem, że... Może najlepiej byłoby... Może lepiej, żeby się dalej nie męczył? - usłyszałam i po raz drugi dziś wezbrała we mnie złość.
Zacisnęłam pięść i wymierzyłam mu solidny prawy prosty. Red zwinął się, padając na kolana i przyciskając dłonie do krwawiącego nosa.
- Rozumiem, że ta kurwa... ale TY?! Byliście jak bracia...
- Kaji... ja też chciałabym, żeby było inne wyjście - wyszlochała Aridea.
- I jest! On z tego wyjdzie! Ludzie wychodzą! Budzą się, a on jest aniołem! 
- Ale...
- Nie ma "ALE"! Jak się ktoś do niego zbliży to łeb odstrzelę, przysięgam! - odwróciłam się na pięcie i pognałam do sali, w której leżał Faro.
Weszłam do środka i usiadłam na krześle obok łóżka.
- Hej... Ptaszyno... - rzuciłam jak zwykle.
Kiedyś to miała być docinka, taka aluzja do tego, że los nie dał mu skrzydeł, choć jako Hunter, syn z syna anioła, powinien je mieć. Teraz jednak... Teraz nie wiem już co miało to określenie znaczyć. Chyba po prostu kojarzyło mi się z czasami, gdy wszystko było dobrze...
Spojrzałam na Willa. Podłączony do jakichś kabli, blady, wychudły... wyglądał strasznie. Był ledwie cieniem człowieka, którego znałam. A mimo to dalej był Williamem Hunterem. Dalej był tym wnerwiającym aniołem, który mnie w sobie rozkochał i złamał mi serce... Trzy razy. Najpierw gdy po pijaku przespał się z Kiwi... Tak, późnej dowiedziałam się jak to między nimi dokładniej było. Później, gdy stwierdził, jak to będzie najlepiej gdy będziemy się nienawidzić... I ostatni raz, ten który bolał najbardziej... Gdy nie obudził się po operacji.
- Wiem, że wygodnie tak plaszczyć tyłek na łóżku, kiedy inni zasuwają, ale... Przestałbyś się wygłupiać i ruszył się wreszcie... - powiedziałam, biorąc jego dłoń i opierając o nią czoło. 
Sporo do niego mówiłam. Nigdy to co naprawdę chciałam mu powiedzieć... Ale wyliczałam ile czego zabiłam i ile czasu mu zajmie dogonienie mnie. Albo co też wymyśliła ostatnio moja matka... Jakie głupawe filmy oglądałam. Różne tego typu pierdoły. Sama nie wiem dlaczego. Przecież nigdy z nim nie rozmawiałam na takie normalne tematy...
- Pokaż tej bandzie kretynów, że można... Wróć... Gdziekolwiek się teraz szlajasz... - dodałam, czując jak ciężar na moich barkach staje się nie do zniesienia. - Proszę... Wstawaj... 
Nie miałam już siły radzić sobie ze wszystkim sama. Pierwszy raz od długiego czasu rozpłakałam się, a przecież nie robiłam tego od... od tamtego felernego wieczoru, gdy dowiedziałam się, że wkrótce wszystko się zmieni... łącznie ze mną...

<Will. Starczy tego byczenia się... Ja tu płakam T^T>

Will - Życie poza ciałem

Jest ciemno. Naprawdę ciemno. Otacza mnie bezlitosna czerń, przeszywająca chłodem moje ciało. Czuje okropny ból. Nie potrafię go zlokalizować, mogę go tylko czuć... I nagle wszystko znika. Ciemność rozrzedza się, gdy otwieram powoli oczy. Ból nie znika, ale przynajmniej wiem, skąd pochodzi. Ona leży na moim ramieniu, spokojnie śpiąc. Odwracam głowę w jej stronę i patrze na jej piękną twarz. Jej noga znajduje się pomiędzy moimi,  napierając kolanem na mojego członka. Rękę ma zarzuconą na moja klatkę piersiową. Nie mogę się ruszyć,  bo nie chcę jej obudzić. Zamykam więc oczy i próbuję nie myśleć o tym jak bardzo jest mi niewygodnie i zneutralizować ból w ramieniu.  Zasypiam i znów znajduje się w tej bezkresnej ciemności. 

Otworzył szeroko oczy i zaczął się automatycznie rozglądać. 
"A więc to był tylko sen?" - pomyślał i westchnął zawiedziony. Oparł głowę o poduszkę i wypuścił głośno powietrze z płuc. Dopiero po chwili zorientował się, gdzie się znajduje. Pikające urządzenia do których był wręcz przykuty piszczały głośno w rytm uderzeń jego serca. Nie wiedział co się stało, że był w takim stanie i takim miejscu, ale wiedział, że musi się dowiedzieć. Nagle drzwi do sali otworzyły się i powolnym krokiem weszła do niej pielęgniarka. Spojrzała na Will'a z beznamiętnym wyrazem twarzy i podeszła do piszczącej aparatury, zapisując coś w małym notatniku. Potem podeszła do nóg łóżka i wzięła kartę pacjenta, kartkując ją szybko w poszukiwaniu danych. 
- Przepraszam? Co mi się stało? - spytał mężczyzna, prostując się i siadając na łóżku. Nie czuł, żeby go coś bolało i nie miał też żadnych opatrunków, więc nie rozumiał jak się znalazł w szpitalu. Kobieta podniosła nieznacznie wzrok do góry jakby w zamyśleniu i przegryzła wargę. Wydawało mu się w pierwszej chwili, że patrzy na niego, jednak mylił się. Pielęgniarka nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. W końcu odłożyła kartę, znów zapisując coś w notatniku i wyszła nawet na niego nie patrząc.
- Dziękuje! - warknął w złości za kobietą.
Wyrwał z ręki wenflon i inne rzeczy, które uniemożliwiały mu poruszanie się i wstał z łóżka.  Nawet nie zauważył, że urządzenie sprawdzające pracę jego serca nie przestało pikać. Podszedł do drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Na korytarzu nie było nikogo, więc mógł spokojnie wyjść z pokoju. Powoli ruszył w kierunku wyjścia z części szpitalnej siedziby. Kiedy wszedł do siedziby głównej, zobaczył istny chaos. Łowcy biegali po korytarzach, krzycząc do siebie co chwila jakieś informacje i starając się ogarnąć wszystko naraz. Will domyślił się, że starali się przejąc jego obowiązki, ale nie rozumiał dlaczego. Przecież nie było go góra parę dni, a przez tak krótki czas, nie powinno być, aż tak źle. Wiedział, że miał dużo obowiązków, ale żeby inni nie mogli sobie z tym poradzić? Nagle zobaczył Reda zmierzającego w jego stronę. Mężczyzna zatrzymał jednego z łowców.
- Widziałeś Kajrę? - zapytał, a tamten wskazał mu drzwi prowadzące do szpitala. Dokładnie przed nimi stał Will. Był przygotowany na zaskoczone spojrzenie i uśmiech przyjaciela, że Will w końcu wrócił, ale nic podobnego się nie stało. Red skinął głową do łowcy i ruszył dalej, prosto na Hunter'a.
- Red? - zaczął Will, ale po chwili zamarł. Jego przyjaciel nie widział go... Mało tego! Przeszedł przez niego jak przez powietrze! Zupełnie jakby był... Mężczyzna zerwał się nagle i wbiegł z powrotem do szpitala. Pędził biegiem, wymijając przy tym Red'a. Kiedy stanął przed drzwiami, którymi jakiś czas temu wyszedł, odetchnął. Nie chciał się dowiedzieć, czy to jest prawda, czy może po prostu jakiś głupi sen. Wypuścił głośno powietrze i otworzył drzwi, wchodząc do środka. To co zobaczył, mogło znaczyć tylko jedno. On leżał na łóżku i widać było, że był w ciężkim stanie, a ona siedziała obok przyglądając mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Kajra... - szepnął tylko i podszedł do kobiety. Nie mógł jej nawet dotknąć, bo wiedział, że ona go nie poczuje. Usiadł na łóżku obok swojego zmaltretowanego ciała i nie mógł uwierzyć w to co widział. Kajra nie tyle co była smutna, czy zrozpaczona... Była po prostu zmęczona i można by nawet powiedzieć, że wkurzona.
- Tu jesteś. - usłyszał głos Red'a w drzwiach i podążył za wzrokiem dziewczyny. Ona spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego tylko grymas.
- Potrzebowałam chwili... - powiedziała tylko nie dokańczając zdania.
- Kajra to już półtora miesiąca. Wszyscy musimy się pogodzić z tym, że może się już nigdy nie obudzić. - powiedział Rai i podszedł do niej trochę. Zatrzymał się jednak gwałtownie w chwili gdy Kajra wstała i ze złością w oczach spojrzała na niego. Potem nic nie mówiąc wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Wcześniejszą Kajra na pewno by się odgryzła. Powiedziałaby coś, a nie uciekała. Will dopiero po chwili zdał sobie sprawę ze słów Rai'a. Ponad miesiąc!? Leżał w szpitalu, aż tak długo!? Hunter chciał ruszyć śladem Kajry, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, ale nie mógł się ruszyć. Powoli zaczął ponownie tonąć w ciemność i pogrążać się w głębokim śnie.

Wstałem i przeciągnąłem się, rozciągając obolałe mięśnie. Poczułem przyjemny zapach w kuchni i od razu ruszyłem do tego miejsca, po drodze wkładając znalezione na podłodze spodnie. Kajra stała przy kuchence i mieszała jajka na patelni. Uśmiechnąłem się na ten widok jednocześnie rozczulony i zaskoczony. Kobieta miała na sobie moją koszulę, która kusząco spadała jej z jednego ramienia, pokazując bladą skórę. Byłem pewny, że nie miała na sobei nic więcej. Nawet majtek. Podszedłem do kobiety i objąłem ją w pasie, przyciągając do siebie.
- Dzień Dobry. - szepnąłem, a ona odwróciła głowę w moją stronę i pocałowała mnie czule. Nie czułem się z tym dziwnie... wręcz przeciwnie, czułem jakby wszystko było w jak najlepszym porządku. Jednak wiedziałem, że coś jest nie tak. 
- Obudziłam cię? - spytała moja ukochana, a ja zaprzeczyłem ruchem głowy.
- Jestem głodny... - jęknąłem błądząc rękami po płaskim brzuchu Kajry. Lekko ucałowałem jej odkryte ramię i delikatnie ocierałem się o nie nosem.
- Zaraz będzie gotowe. Jakbyś mi nie przeszkadzał, to poszłoby o wiele szybciej...
- Nie jedzenie miałem na myśli. - szepnąłem jej do ucha i gwałtownie odwróciłem w swoją stronę, jednocześnie zagłuszając jęk protestu pocałunkiem. Moje ręce błyskawicznie znalazły się na jej pośladkach, przysuwając jej piękne ciało do mojej rosnącej erekcji. 
- Spalę jajecznice... - chciała protestować, ale i tak odwzajemniła pocałunek. Po chwili nie miała już siły na dalsze dyskusje i wolną ręką, zakręciła kurek gazu. Podniosłem kobietę do góry, pozwalając jej, by owinęła moje biodra nogami. Miałem rację... nie miała majtek. Szybko poczułem przez materiał spodni jak mokra już zdążyła się zrobić. Posadziłem ją na niskim marmurowym blacie, nie przerywając pocałunku. Nie mogąc dłużej czekać rozerwałem materiał zakrywającej jej ciało koszuli i odrzuciłem na podłogę. Kajra zaczęła rozpinać moje spodnie, a ja w tym czasie pieściłem jej twarde i nabrzmiałe sutki. Kiedy już wydostała mojego członka z opinających go jeansów, od razu nakierowała go na swoje mokre i gorące wnętrze. Bez chwili zastanowienia wszedłem w nią gwałtownie, aż do samego końca, co wywołało wspaniały jęk rozkoszy. Zacząłem się poruszać, nadal pieszcząc piersi Kajry. Czułem się wspaniale, ale po chwili wszystko zaczęło się rozmazywać, a uczucie pożądania i rozkoszy ulatniało się. I znowu tylko ciemność.

Obudził się równie gwałtownie, co za poprzednim razem. Leżał w tym samym miejscu, ale teraz już wiedział, że to nie jego ciało się wybudziło. Westchnął na wspomnienie snu w towarzystwie Kajry i usiadł na brzegu łóżka. Jak długo to jeszcze potrwa? Budził się jako jakiś duch samego siebie, a potem znikał do krainy snów, gdzie wszystko było idealne. Ostatnim razem jak się obudził, leżał w szpitalu już od 3 miesięcy. Nikt nie widział żadnej poprawy i każdy tracił nadzieję. Oprócz jednej osoby - Kajry. Ona cały czas wierzyła, że się wybudzi i to go cieszyło. Nie wiedział jednak jak długo jej opór wystarczy, zanim odłączą go od aparatury i pozwolą umrzeć. To prawda był istnym warzywem, ale niektórzy se śpiączki budzili się po wielu latach... Tak tylko, że to byli zwykli ludzie. Potomka anioła można już po 3 miesiącach zabić bez wyrzutów sumienia, bo przecież jakby mógł to już dawno by się obudził. Will starał się jak mógł, ale nie wiedział jak wrócić do swojego ciała i powrócić do życia. Próbował wszystkiego, ale na marne. Kto wie, może będzie tak "żył" do końca, albo przez następne parę lat. Patrząc jak wszyscy układają sobie życie bez niego i powoli o nim zapominają... Mimo wszystko nadal miał nadzieję.

<Kajra?>