poniedziałek, 9 lutego 2015

Kajra - Wstawaj...

Założyłam długą, luźną bluzkę, ostatnimi czasy w takich właśnie chodziłam, na to narzuciłam swoją skórzaną kurtkę i byłam gotowa. Zabrałam kluczyki z haczyka i wyszłam. W drodze do siedziby zgarnęłam kilka drobnych zleceń polegających na szybkim odstrzale siepaczy, które rozpełzły się po ostatnim przerwaniu zasłony. Na szczęście cudem udało się powstrzymać falę tego cholerstwa i teraz tylko wybijaliśmy niedobitki, ale tylko kwestią czasu było jak zasłona znów się otworzy i te plugastwa wylezą na żer. Paskudy wyczuwały, że coś się dzieje, że jesteśmy słabsi i robiły wszystko, żeby nas dodatkowo wykrwawić.
Zaparkowałam i wysiadłam  samochodu, kluczyk włożyłam do kieszeni kurtki.
Ledwie weszłam do siedziby, a Red naskoczył na mnie.
- Znowu biegałaś po mieście sama? Cholera jasna, wiesz jak jest. Nie możemy jeszcze ciebie stracić... - warczał w kółko. Nie miałam ani ochoty, ani siły się z nim dochodzić po raz setny.
- Żyję jak widać - burknęłam tylko.
- Tak! A co by się stało, gdyby któryś cię dopadł?
- Ale nie dopadł - wyminęłam go wchodząc dalej, co Rai skwitował kolejną falą marudzenia.
Bo przepisy... tak pozmieniało się sporo i wypady solo nie były ostatnio "w modzie", co nie zmieniało faktu, że czasami potrzebowałam się zwyczajnie wyładować i coś zasiec, sama, bijąc się nie tylko z maszkarą, ale i myślami.
Bo coś mogło mi się stać... ale się nie stało. Byłam jak zwykle ostrożna i czujna, a zagrożenie na tyle nieduże, że dałabym sobie radę z palcem w dupie i zamkniętymi oczyma.
Tylko, że tłumaczenie tego nie miało najmniejszego sensu. Już nie.
Ruszyłam szybko korytarzem, ale przystanęłam gdy usłyszałam rumor... dochodzący z biura Will'a. Weszłam tam oczekując... sama nie wiem czego, ale na pewno nie tego co ujrzałam.
Avia czegoś szukała, rozwalając wszystko przy okazji.
- Co ty tu do kurwy nędzy robisz? - warknęłam na nią.
- Nie twój interes - rzuciła, prostując się. - Raczej ja ciebie powinnam pytać co TY tutaj robisz... 
- Wynoś się! - ryknęłam.
Ta dziewucha ostatnio coraz częściej działała mi na nerwy. Była dosłownie wszędzie z tym swoim zadowolonym uśmieszkiem przylepiony do mordy. Co ją tak cieszyło? To co mnie najbardziej dołowało. 
- To miejsce stanie się lada dzień moje... - wymruczała jadowicie. - William Hunter jest tylko wspomnieniem, przywyknij wreszcie do tego...
Tego nie mogłam zdzierżyć. Wszystko, ale nie to.
Rzuciłam się z furią w stronę dziewczyny, nie zdążyła się uchylić, nie miała szans. Złapałam ją za gardło i trzymając w uścisku, który niejednemu siepaczowi kark przetrącił, wywlokłam na korytarz.
- Ty cholerna, pazerna suko! - wrzeszczałam. - Kark ci przetrącę prędzej niż dam zabrać cokolwiek co należy do Wil'a.
Rzuciłam rzężącą dziewczyną o podłogę tak, że z jej gardła wydobył się bolesny jęk.
- Nie daruję ci tego... - wycharczała, gromiąc mnie wzrokiem.
- Ty? Gówno możesz i nie pokazuj mi się na oczy, inaczej cię zwyczajnie zabiję - syknęłam wściekle. - A wy?! Czego się kurwa gapicie?! - ryknęłam w stronę tłumu gapiów, którzy przybiegli zwabieni zamieszaniem. 
- Kajra... nie denerwuj się tak - rzuciła Kiwi i stanęła obok mnie ostrożnie.
- Nie mów mi, że mam się nie denerwować.
- Wszystkim nam jest ciężko... Wiem, że twoja sytuacja nie jest... kolorowa, ale przecież damy radę... - nalegała łagodnie.
- Wydupiaj - rozkazałam tej wrednej, dwulicowej szmacie, która raczyła się podnieść z ziemi. Zrobiła to na szczęście dla niej.
Ja natomiast oparłam się ciężko o ścianę.
- Wszystko gra...? - usłyszałam zatroskany głos Aridei.
- Nic nie gra... Wiesz o tym dobrze. Próbuję, jak chyba wszyscy układać sobie życie... ale nie mogę... Nie potrafię patrzeć jak on tam tak leży...
- Wiem... - wyszeptała cicho. 
Przerwał nam dźwięk mojego telefonu. Odebrałam odruchowo, rzucając krótkie "tak?".
- Hej Kaji... Może wpadnę do ciebie i gdzieś się razem wybierzemy? - usłyszałam.
- Paul... Wybacz, ale dziś nie dam rady... Mam kiepski dzień...
- Znów jesteś w szpitalu... - zauważył.
Paul był policjantem z wydziału zabójstw i moim... przyjacielem. A przynajmniej póki co tak to jeszcze wyglądało, choć można było uznać, że spotykamy się ze sobą. Poznaliśmy się na siłowni, kiedy wyładowywałam złość z dala od siedziby Hunters i większości zmartwień. Zwykła rozmowa, zaproszenie na kawę. Normalność, życie... Coś czego tak naprawdę nie miałam od lat.  
Paul wiedział o mnie dość sporo, choć oczywiście nie o tym, że organizacja, do której należę nie zajmuje się normalnymi przestępstwami, a demonami... Wiedział jednak choćby o Will'u, o tym, co było między nami i o tym, że leży w śpiączce. Paul z resztą bardzo pomógł mi jakoś to wszystko przetrwać przy zdrowych zmysłach kiedy cała reszta zaczęła tracić nadzieję, a ich towarzystwo stało się dla mnie istną torturą. 
Paul akceptował mnie, moje życie, w którym musiałam uważać na słowa, znikałam nocami albo wracałam poobijana. On sam miał swoje śledztwa, tajne, i wiedział, że niektóre rzeczy powinny pozostać tajemnicą. Rozumiał mnie i odciągał od całego tego szaleństwa. 
Niestety dziś musiałam zostać tutaj... Nie od wszystkiego mogłam uciec...
- Tak... - wymamrotałam.
- Znów bez zmian... No nic. To przełóżmy to na kiedy indziej... Odezwiesz się jak będziesz mieć wolną chwilę, prawda? Przyjadę z lodami... - rzucił.
Jego głos był spokojny, radosny... Miły i kojący. Uśmiechnęłam się mimowolnie.
- O ile dorzucisz tam jeszcze czekoladę truflową... - odpowiedziałam.
- I śledzia w śmietanie jak będziesz chciała - zaśmiał się.
- Dobra, dobra. Mądralo - burknęłam na pokaz obrażona i pożegnałam się.
Dopiero gdy schowałam telefon zobaczyłam, że Kiwi oddaliła się. Rozmawiała kawałek dalej z Red'em i jakąś dziewczyną. Mieli ponure miny, a Rai zerkał na mnie smutno.
- Co się dzieje? - spytałam ruszając w ich stronę.
- Kaji.... Wyniki badań Will'a pogarszają się... Wiem, że... Może najlepiej byłoby... Może lepiej, żeby się dalej nie męczył? - usłyszałam i po raz drugi dziś wezbrała we mnie złość.
Zacisnęłam pięść i wymierzyłam mu solidny prawy prosty. Red zwinął się, padając na kolana i przyciskając dłonie do krwawiącego nosa.
- Rozumiem, że ta kurwa... ale TY?! Byliście jak bracia...
- Kaji... ja też chciałabym, żeby było inne wyjście - wyszlochała Aridea.
- I jest! On z tego wyjdzie! Ludzie wychodzą! Budzą się, a on jest aniołem! 
- Ale...
- Nie ma "ALE"! Jak się ktoś do niego zbliży to łeb odstrzelę, przysięgam! - odwróciłam się na pięcie i pognałam do sali, w której leżał Faro.
Weszłam do środka i usiadłam na krześle obok łóżka.
- Hej... Ptaszyno... - rzuciłam jak zwykle.
Kiedyś to miała być docinka, taka aluzja do tego, że los nie dał mu skrzydeł, choć jako Hunter, syn z syna anioła, powinien je mieć. Teraz jednak... Teraz nie wiem już co miało to określenie znaczyć. Chyba po prostu kojarzyło mi się z czasami, gdy wszystko było dobrze...
Spojrzałam na Willa. Podłączony do jakichś kabli, blady, wychudły... wyglądał strasznie. Był ledwie cieniem człowieka, którego znałam. A mimo to dalej był Williamem Hunterem. Dalej był tym wnerwiającym aniołem, który mnie w sobie rozkochał i złamał mi serce... Trzy razy. Najpierw gdy po pijaku przespał się z Kiwi... Tak, późnej dowiedziałam się jak to między nimi dokładniej było. Później, gdy stwierdził, jak to będzie najlepiej gdy będziemy się nienawidzić... I ostatni raz, ten który bolał najbardziej... Gdy nie obudził się po operacji.
- Wiem, że wygodnie tak plaszczyć tyłek na łóżku, kiedy inni zasuwają, ale... Przestałbyś się wygłupiać i ruszył się wreszcie... - powiedziałam, biorąc jego dłoń i opierając o nią czoło. 
Sporo do niego mówiłam. Nigdy to co naprawdę chciałam mu powiedzieć... Ale wyliczałam ile czego zabiłam i ile czasu mu zajmie dogonienie mnie. Albo co też wymyśliła ostatnio moja matka... Jakie głupawe filmy oglądałam. Różne tego typu pierdoły. Sama nie wiem dlaczego. Przecież nigdy z nim nie rozmawiałam na takie normalne tematy...
- Pokaż tej bandzie kretynów, że można... Wróć... Gdziekolwiek się teraz szlajasz... - dodałam, czując jak ciężar na moich barkach staje się nie do zniesienia. - Proszę... Wstawaj... 
Nie miałam już siły radzić sobie ze wszystkim sama. Pierwszy raz od długiego czasu rozpłakałam się, a przecież nie robiłam tego od... od tamtego felernego wieczoru, gdy dowiedziałam się, że wkrótce wszystko się zmieni... łącznie ze mną...

<Will. Starczy tego byczenia się... Ja tu płakam T^T>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz