wtorek, 10 lutego 2015

Will - Śmierć i Zmartwychwstanie

Spojrzał ze smutkiem na Kajre. Nigdy nie widział, żeby płakała, więc musiało być naprawdę źle. "Może decyzja o mojej śmierci już zapadła?" pomyślał ze strachem. Podszedł do łózka od przeciwnej strony niż siedziała dziewczyna i spojrzał na swoje nieruszające się ciało. 
- Słyszałeś ją!? Wstawaj idioto! - wydarł się, ale tak jak sądził nie było w tym żadnego skutku. Naprawdę nie widział wyjścia z tej sytuacji i sam już tracił nadzieję na powrót do życia. Był też wściekły, że właśnie tak to wszystko ma się skończyć. Chwilę potem płacząca Kajra zniknęła i znów znalazł się w tej idiotycznej ciemności. 

Tym razem nie miał żadnych snów. Niczego co mogłoby choć trochę poprawić mu humor. Obudził się po prostu znowu w tym samym miejscu co zwykle. Przy jego łóżku siedziała Kiwi i Red. Patrzyli na jego twarz ze smutkiem i brakiem jakiejkolwiek nadziei. Zauważył, że przy drzwiach czekała zniecierpliwiona pielęgniarka. Ta sama, którą spotkał za pierwszym razem. 
- Będzie mi cię brakować Will. - załkała Aridea, a Will, aż podskoczył na te słowa. 
- Że co!? - krzyknął. - Czyli, że chcecie... Nie! Nie możecie! - chciał się rzucić na przyjaciółkę, ale zamiast tego upadł na podłogę. Ale oni już postanowili. Nie musieli się nawet z nikim konsultować, bo wiedzieli, że każdy by ich poprał... no oprócz Kajry. Tyle, że Kajra była na misji, więc nie mogła tego wszystkiego zatrzymać. 
- Trzymaj się tam Stary. I nie musisz się martwić o to, kto przejmie ten cały chaos. Już niedługo będziesz miał swojego anielskiego potomka. - powiedział Rai przytulając rozpłakaną Kiwi do piersi. 
- Hę? - jęknął Will patrząc na tą całą scenę z podłogi. - potomka? O czym wy pierdolicie?
- Pomożemy Kajrze go wychować... o ile po tym wszystkim kiedykolwiek nam wybaczy. Ale nie mamy wyjścia. Wiemy, że nie chcesz być warzywem, jak teraz.
- Chce być warzywem! Bardzo chce! Nie możecie tego zrobić! - krzyczał i protestował, ale nie mógł nic zrobić. W końcu usiadł na łóżku i westchnął zrezygnowany. Właśnie zdał sobie sprawę, że Kajra jest z nim w ciąży, ale co z tego, skoro zaraz nie będzie żył. 
- Ja pierdole, czy może być gorzej... - wyjęczał do siebie, bo w końcu nikt go nie słyszał. Rai i Aridea wyszli z pokoju, a pielęgniarka, która wcześniej czekała przy drzwiach podeszła i zaczęła znów coś sprawdzać i zapisywać w notatniku. Na koniec odłączyła go od kroplówki i innych urządzeń podtrzymujących jego życie, zostawiając tylko wkurwiającą, pikającą maszynę. Powoli jego serce zaczynało bić coraz szybciej, a potem nagle się zatrzymało, o czym świadczył przeciągły pisk aparatury. Wll w niematerialnej postaci zdążył tylko pomyśleć, że nie pożegnał się z Kajrą, po czym zniknął, bo przecież jego ciało umarło. Pielęgniarka wyszła z pokoju. Mijały sekundy... minuty... Nie minęło dużo czasu, a Kajra wpadła do pokoju, jednocześnie wściekła i zapłakana. Wręcz rzuciła się do łóżka z jeszcze ciepłym ciałem Will'a...

Otworzyłem gwałtownie oczy i podniosłem się automatycznie do góry. Wciągnąłem powietrze do płuc, bo poczułem, że nagle mi go zabrakło. "A więc, nie umarłem? Znów wróciłem do tej niematerialnej postaci?" pomyślałem jednocześnie z ulgą i ze smutkiem. Poczułem uściska na dłoni, więc spojrzałem w dół. Kajra siedziała przy łóżku ze łzami w oczach. Patrzyła przed siebie, zupełnie jakby mnie zobaczyła... ale to przecież niemożliwe.
- Will... - wyszeptała, patrząc na mnie. Po czym rozpłakała się jeszcze bardziej. To było do niej tak niepodobne, że automatycznie schyliłem się, żeby ją objąć. Chwyciłem ją za ramiona i zatrzymałem się.
- Ty... Ja... Widzisz mnie!? Mogę cie dotknąć Kajra! - wyrzucałem z siebie słowa niedowierzając w to wszystko. To już koniec. Żyłem i to naprawdę. Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się do mnie przez łzy. Podniosłem ją do góry i posadziłem na swoich kolanach, od razu zamykając ją w mocnym uścisku. 
- Kajra... Moja Kajra. - szeptałem jak mantrę przez następne parę minut. Pewnie siedzielibyśmy tak dłużej w swoich objęciach, ale do pokoju wparowali Kiwi i Red. 
- Kajra on i tak by... - zaczął chłopak, ale zatrzymał się w pół kroku i słowa. Dziewczyna za to wytrzeszczyła oczy i nie ruszała się w ogóle jakby zobaczyła przynajmniej ducha. Widziała wiele demonicznych potworów, więc akurat duch nie powinien jej zaskoczyć...
- Will ty, ty... Ty żyjesz! - wrzasnęła nagle.
- I do tego te... - nie dokończył znowu Red. Kajra wyplątując się z moich objęć spojrzała na nich z wyrzutem. Bardzo dobrze wiedziałem dlaczego, ale wolałem się nie zdradzać, że wiedziałem co się tutaj działo przez ostatnie 3 i pół miesiąca. Najbardziej martwiłem się Kajrą i jej chłoptasiem Paulem... No i dzieckiem oczywiście. Właśnie dziecko! Już miałem zapytać się, o mojego potomka, ale moja ukochana mnie uprzedziła.
- Już nie powinnam nazywać cię Ptaszyną. - powiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy. Na policzkach nadal miała smugi po łzach.
- Dlaczego? - spytałem unosząc brew do góry.
- Dlatego. - wyciągnęła rękę za moje plecy i dotknęła czegoś. Poczułem jakby ktoś łaskotał mnie, ale... w co? Odwróciłem głowę i kątem oka ujrzałem wręcz śnieżnobiały puch. Dopiero kiedy przyzwyczaiłem się do tego światła ujrzałem pióra i skrzydła. Zafascynowany poruszyłem nimi nieznacznie, rozkładając je jak najbardziej mogłem. 
- Mam skrzydła! - krzyknąłem radośnie i spojrzałem na Kajre. - Mam skrzydła! - nie mogłem uwierzyć w to wszystko i w przypływie radości przywarłem do lekko rozchylonych warg dziewczyny. Zastygła zaskoczona, ale kiedy pogłębiłem pocałunek odwzajemniła go. Było w tym tyle niewypowiedzianych uczuć, tyle tęsknoty i cierpienia, że dopiero po dłuższej chwili byłem w  stanie to przerwać. 
- Kajra. Jesteś w ciąży. - powiedziałem, a ona wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej zdziwiona. 
- Skąd to wiesz!?
- Od nich. - wskazałem palcem, na wciąż nie mogącą się poruszyć, parę przy drzwiach. - Znaczy... nie do końca. Można powiedzieć, że podsłuchiwałem jak o tym rozmawiali. Zaraz przed tym jak pielęgniarka odłączyła wszystkie maszyny. - westchnąłem widząc złość w oczach Kajry. - Ale nie tylko to słyszałem. Byłem tu. Może nie cały czas, ale czasami tak. I niech ten Paul nawet nie waży cię tknąć bo przetracę mu łeb! - wrzasnąłem trochę za głośno.

<Kajra? Doczekałaś się? xD>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz