poniedziałek, 2 marca 2015

Kajra - Wszystko po staremu? Nie... to coś nowego...

Nie bardzo potrafiłam pojąć co się tak właściwie działo. W jednej chwili dowiedziałam się, że jest po wszystkim, że Will nie żyje, w drugim tulił mnie do siebie, żywy. Wrócił i to odmieniony i to podwójnie. Pierwszą rzeczą były skrzydła. Wielkie, białe, anielskie skrzydła, których brak poniekąd Will'owi doskwierał. Każdy chyba zdawał sobie z tego sprawę. A po drugie to jak odnosił się do mnie. Jak obejmował mnie, jak wymawiał moje imię. To, że mnie pocałował. To wszystko było tak nierealne. Dziwne, fascynujące i straszne za razem. A ja nie miała pojęcia co z tym zrobić. Z jednej strony bliskość Will'a sprawiła, że to co czułam przez tę niedługą chwilę, gdy byłam przekonana, że go kocham, odżyło znów.Z drugiej jednak pamiętałam co mi powiedział i to, że przecież próbowałam sobie ułożyć własne życie, a którym on może i w pewnym stopniu był obecny, ale nie tak jak chciał...
- Nie krzycz na mnie - syknęłam, wyswobodziwszy się z jego objęć.
Chciałam coś jeszcze dodać, ale do sali wbiegła pielęgniarka. Później kolejni ludzie, no i Red i Avi wreszcie zdołali się ruszyć.
- Porozmawiamy jak dojdziesz do siebie - rzuciłam.
- Kajra zaczekaj! Jak idziesz do niego to...! - dalej nie usłyszałam, bo wyszłam pospiesznie.
Czmychnęłam, kiedy chyba cała agencja z ciekawością ruszyła  w stronę skrzydła szpitalnego. Wsiadła w samochód i uciekłam. Znowu.
Pojechałam w jedyne miejsce, gdzie nikt nie miał prawa mnie szukać. Do domu Paula.
- Kajra? - zdziwił się, widząc mnie, ale zaraz wpuścił mnie do środka i objął.
Staliśmy tak chwilę. Tu wszystko było zwyczajne, prawda? Normalne... Spokojne...
- Kaji... czy on...? - spytał mężczyzna po dłuższej chwili.
- Wręcz przeciwnie... Obudził się, żyje... - powiedziałam i odsunęłam się od niego, żeby dojść na kanapę.
Widziałam jak Paul nerwowo pociera kark. Ja natomiast rozsiadłam się wygodnie, odruchowo kładąc dłoń na łonie.
- Nie wiem co mam robić... Nie wiem... - siedziałam gapiąc się w punkt widoczny tylko dla mnie.
Poczułam, że ktoś kuca przede mną, kładąc mi dłoń na kolanie. Chwyciłam ją i ścisnęłam, szukając oparcia.
- Sądzisz, że ja pomogę ci podjąć decyzję? - spytał, uśmiechając się do mnie ciepło.
- Nie. Ale nikt nie wie gdzie mieszkasz, więc mnie tu nie znajdą - wyszczerzyłam się.
- Chytrze... - zaśmiał się.
Zapadłą chwila ciszy, podczas której chyba oboje mieliśmy sporo do przemyślenia. Choć mętlik w mojej głowie trudno byłoby uznać, za przemyślenia.
- Kajra... wiesz, że bardzo mi na tobie zależy, prawda? - spytał Paul unosząc się i siadając obok mnie.
- Wiem... - jęknęłam. - Trzymałeś mnie przy zdrowych zmysłach... Nigdy nie będę w stanie opisać jaka jestem ci wdzięczna... Tylko, że...
- Nie wiesz czy to coś więcej czy wdzięczność? - spytał gorzko.
- Nie chciałam, żeby tak to zabrzmiało.
- Wiem, maleńka, wiem... Ale tak to wygląda. Musisz się przekonać... sama. Co nie znaczy, że nie będę ci się narzucał ze swoją osobą. Bo będę.... Będę jęczał, marudził i cię nagabywał... - oznajmił z uśmiechem.
- A to ciekawe, bo Will darł się dla odmiany, że łeb ci przetrąci... Ludzie w śpiączce słyszą więcej niż powinni, najwidoczniej... - wyjaśniłam pospiesznie.
- No ładnie, ładnie... A do niedawna sądziłem, że ten cały Rai jest moim największym problemem...
- On to będzie miał ze mną problem, bo wiszę mu solidne omłoty... Kichawę mu naprostuję w s drugą stronę - syknęłam.
- No już, już... Spokojnie - Paul objął mnie i potarł moje ramię, żeby dodać mi otuchy.
Siedzieliśmy jeszcze tak, rozmawiając, tym razem o bardziej przyziemnych sprawach... Choć na chwilę oderwałam się od tego całego rabanu... Wkrótce jednak trzeba było wrócić.
- Muszę już iść... - stwierdziłam, wstając, choć nie miałam na to ochoty.
- Zawieść cię? - spytał.
- Żeby któryś z przydupasów Willa łeb ci odstrzelił? Nie, dzięki. Kogo jak kogo, ale ciebie nie chcę mieć na sumieniu.
- Słońce, radzę sobie z tobą... Wszystkich przeżyję - rzucił, za co oberwał kuksańca.
- To, że jestem ta najgorszą żmiją, nie znaczy, że tylko ja noszę broń... - ostrzegłam i ruszyłam do wyjścia.
Paul zatrzymał mnie jednak i przyciągnął do siebie. Jego usta ominęły moje, by zatrzymać się na policzku.
- Wrócisz jeszcze, prawda? - spytał.
- Wrócę.
Wyswobodziłam się z jego objęć i ruszyłam do wyjścia. Jeszcze przed wejściem do samochodu wybrałam numer Kiwi.
- Co z Willem? - spytałam.
- Dobrze. Przeszedł kilka badań, wszystko z nim w normie o dziwo... Pyta cały czas o ciebie... Gdzie jesteś?
- To Kajra?! Daj mi ją! - usłyszałam głos wrzeszczącego Willa.
- Niedługo będę w siedzibie... - rozłączyłam się.
Jechałam powoli, próbując zebrać myśli...

<Willu?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz